"Zły. Warszawska Jazz Opera" w katakumbach miasta chaos nam doskwiera | Teatr Rampa [recenzja]
- 2 dni temu
- 3 minut(y) czytania
Ohh... zaczęło się tak fantastycznie, że przez moment przeszło mi przez myśl: „Oto mocny kandydat do mojego TOP 5 najlepszych spektakli 2026 roku!”. Pierwsze 15-20 minut „Złego” na podstawie dwóch powieści Leopolda Tyrmanda (których nie czytałam) to czysta, tętniąca życiem energia. Piosenka goniła piosenkę, na scenie królował taniec, a ja uśmiechałam się pod nosem, czując, że to będzie niesamowity wieczór. Niestety, mój entuzjazm był przedwczesny. Z upływem minut muzyka ucichła, a na scenę wkradł się chaos, który ostatecznie mnie trochę pokonał.
Robię się nudna, ale znowu zaczynam od tego samego. To kolejne w tym roku wyjście do teatru, którego nie poprzedziłam przeczytaniem literatury źródłowej. Szybko okazało się, że był to błąd. Mniej więcej w połowie pierwszego aktu po prostu zgubiłam się w tym, o co właściwie chodzi na scenie. Główny motyw gdzieś uleciał, a całą historię zdominował przestępczy półświatek.

Główny problem tej inscenizacji polega na tym, że twórcy ewidentnie założyli u widza doskonałą znajomość świata Tyrmanda i realiów powojennej Warszawy. Patrząc jednak brutalnie na smutne statystyki czytelnictwa w Polsce, reżyserzy powinni brać pod uwagę, że większość widowni książki nie czytała. Spektakl trzeba nieco dopasować do takiego widza, by mógł on swobodnie podążać za historią. Znaczną część winy biorę jednak na siebie, bo moje skupienie tego dnia też nie było najlepsze, więc to wszystko pogrążyło mnie, gdy zaczęłam się starać mocniej dotrzeć do sedna poszczególnych scen.
Na scenie zaserwowano nam prawdziwy kalejdoskop. Z jednej strony jest bardzo efektownie, ale z drugiej - wprowadzano ogromny dramaturgiczny chaos. Wątków, bohaterów i zawiłości jest tak dużo, że momentami trudno nadążyć, kto jest kim i dlaczego coś robi. Mój mózg ostatecznie kapitulował, zwłaszcza że wielu aktorów grało po kilka różnych ról. Nie byłam w stanie wejść w tę opowieść i w pełni wyłapać jej sensu.

źródło: mat. Teatru Rampa
Znikający jazz - czemu?
Mój największy żal dotyczy jednak warstwy muzycznej. Po genialnym, jazzowym i rozśpiewanym początku, twórcy nagle... jakby zapomnieli, że robią spektakl z muzyką. Klimat urywa się drastycznie. Robi się mrocznie, ponuro, trochę komiksowo, a utwory schodzą na daaalszy plan.
Spektakl jest pod tym względem bardzo nierówny. Otrzymujemy muzyczną petardę przez pierwsze dwadzieścia minut, potem następuje bardzo długa „dziura”, w której przez prawie godzinę nie dzieje się nic szczególnego muzycznie. Na sam koniec wracamy do kilku utworów. Przy trzygodzinnym spektaklu to stanowczo za mało. Aż prosiło się o to, by muzyka i rewelacyjne choreografie pojawiały się znacznie bardziej regularnie.

źródło: mat. Teatru Rampa
Mój wewnętrzny Smerf Maruda ma jak widać dzisiaj swój dzień. Opanujmy go przez moment, bo pozytywnych aspektów w tym spektaklu też było kilka i warto o nich wspomnieć. Tanecznie wszystkie układy były po prostu super. Były dopracowane, tańce grupowe były równe, bardzo energiczne i rytmiczne. Główny bohater - Zły/ Leopold Tyrmand (w tej roli widziałam Karola Drozda) miał świetne ruchy w tańcu, a energia, z jaką wparował na scenę, absolutnie mnie kupiła. Bardzo pewny siebie, lekko zadziorny, wtedy gdy było to potrzebne. Bardzo, bardzo fajna rola. Trochę mi się skojarzył z Beetlejuicem z Teatru Syrena w połączeniu z bohaterem awangardowego "Czarodziejskiego Fletu" z Opery Narodowej.
Prawdziwym hitem jest utwór przewodni ze słowami „Warszawski jazz, warszawska jazz opera, w katakumbach miasta sekta się dziś zbiera” - czy jakoś tak - to tak świetna piosenka, że niezwykle trudno jej nie nucić po wyjściu z teatru. U mnie mija właśnie pięć dni od wyjścia z Rampy, a wciąż ten utwór krąży mi po głowie. Dajcie znać, jeśli znajdzie się na platformach streamingowych. Chętnie bym go posłuchała ponownie.
Na uznanie zasługuje również rewelacyjny klimat wizualny: scenografia, kostiumy i cała oprawa budują świetną atmosferę, w której widać ogrom włożonej pracy. Dopełnieniem całości, które zawsze bardzo doceniam, była obecność muzyków grających na żywo. Nadawali oni przedstawieniu fantastycznego sznytu.

źródło: mat. Teatru Rampa
Podsumowanie Zły Warszawska Jazz Opera Rampa recenzja
„Zły” w Teatrze Rampa to spektakl, który świetnie wygląda i miewa momenty, gdzie brzmi przecudownie. Niestety, w ostatecznym rozrachunku nadmiar postaci, skomplikowana, chaotyczna fabuła i rwane tempo sprawiły, że wyszłam z teatru nieco zmęczona i zagubiona. Jestem bardzo ciekawa jak fani powieści Tyrmanda odbierają tę sztukę. Jeśli jacyś są tu wśród nas - koniecznie dajcie znać w komentarzu!
KulturoNIEznawczyni
Podoba Ci się moja twórczość?
Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!
tagi: Zły Warszawska Jazz Opera Rampa recenzja, teatr muzyczny, spektakl muzyczny 2026, na co do teatru, spektakle warszawa, spektakle na pradze, warszawa, kulturonieznawczyni, recenzje spektakli teatralnych, recenzje sztuk teatralnych


!["Wirujący seks" Teatr Rampa | Bez chemii na polskim weselu [recenzja]](https://static.wixstatic.com/media/f75ff7_f4b4d5fde538400788c5615fb956c018~mv2.jpg/v1/fill/w_980,h_1379,al_c,q_85,usm_0.66_1.00_0.01,enc_avif,quality_auto/f75ff7_f4b4d5fde538400788c5615fb956c018~mv2.jpg)
!["Depesze" Teatr Rampa robi wielkie show! [recenzja]](https://static.wixstatic.com/media/f75ff7_b3e0dd9d54fb4b6b929502bcee1523fa~mv2.png/v1/fill/w_481,h_675,al_c,q_85,enc_avif,quality_auto/f75ff7_b3e0dd9d54fb4b6b929502bcee1523fa~mv2.png)
Komentarze