top of page

"Beetlejuice" - Teatr Syrena | Więcej żuka w soku, ale czy warto było wywoływać go trzy razy? [recenzja]

Na ten spektakl szłam niezwykle ciekawa i gotowa na wszystko. Kilka dni wcześniej obejrzałam kultowy film Tima Burtona i uznałam, że produkcja kinowa po prostu mi nie leży. Specyficzny klimat, pierwsza godzina, w której tytułowego Beetlejuice’a jest tyle, co kot napłakał, i humor, który nie do końca do mnie trafiał. Głównym moim problemem był scenariusz, który kręcił się bardziej w kółko niż pchał akcję do przodu. Taki jest moim zdaniem ten film i nie jest to może produkcja, w którą potrafiłam się wkręcić. I tak bywa. Jednak już podczas oglądania filmu czułam jedno: tytułowa postać to idealny materiał na musical. Charakterystyczny, głośny, chaotyczny, niezwykle zaczepny – aż prosi się o scenę i światła reflektorów. I wiecie co? Teatr Syrena poszedł dokładnie tym tropem, wyciągając z Żuka to, co najlepsze: charyzmę, energię i głos.


Największa zaleta spektaklu? Odwrócenie proporcji. W musicalu Beetlejuice jest z nami od pierwszej sceny i – chwała niebiosom (lub zaświatom) – to on prowadzi całe show. Nie wyobrażałam sobie innej opcji i bardzo na to liczyłam. Ba, byłam przekonana, że właśnie tak zostanie to na scenie odegrane. To w końcu on ma być gwiazdą, a w Syrenie błyszczy w tej roli Maciej Maciejewski, który jest przeeeefenomenalny w tej roli. Wow, gdybym miała w teatrze czapkę to bym ją zdjęła.


Kojarzę tego aktora z kilku produkcji, głównie z serialu „Mój agent”, gdzie grał Gabriela, agenta gwiazd, i już wtedy zwróciłam uwagę na jego głos. W roli charyzmatycznego jegomościa na deskach teatru jest wybitny. Zmienia barwę, cudownie chrypi swoim głosem, jest wyrazisty, pewny siebie, zawadiacki i konkretny. Jego wokal to absolutny top, choć przyznam, że w pierwszych trzech utworach miałam problem ze zrozumieniem słów. Na szczęście później było już znacznie lepiej, bo – pamiętajmy – w musicalu piosenka to nie przerywnik, a nośnik fabuły. Ważne więc, aby rozumieć słowa piosenek. Wielkie, wielkie brawa dla Maciejewskiego, bo jego Beetlejuice to dokładnie taka postać, o której marzyłam.


"Beetlejuice" - Teatr Syrena plakat

Lidia, która ma serce (i głos!)

Obok pasiastego Żuka, moją ulubioną postacią jest Lydia, w którą wciela się niesamowita Julia Totoszko. W przeciwieństwie do głównej pary bohaterów - Barbary i Adama - Lydia „jest jakaś”. Ma charakter, marzenia, tęskni za zmarłą matką i czegoś od życia oczekuje, mimo że najchętniej by swój żywot szybko zakończyła. Dzięki temu nie jest mi obojętna – zżyłam się z nią, chciałam ją oglądać, wspierać, kibicować, pomagać i przede wszystkim słuchać.


Jej wykonanie piosenki w zaświatach o tęsknocie za mamą było absolutnie nie z tego świata. Miałam dreszcze, byłam szczerze poruszona i z ręką na sercu mówię: to był najlepszy moment całego wieczoru. Wokalnie, tanecznie i aktorsko Julia trzyma poziom i zawiesza tym samym poprzeczkę bardzo wysoko. Drugą odtwórczynią roli Lydii jest Aleksandra Rowicka. Spektakl ten widziałam jednak tylko raz, więc nie jestem w stanie porównać wykonań obu pań. O Julii Totoszko natomiast na pewno będę pamiętać i to nazwisko radzę wszystkim zapamiętać.


"Beetlejuice" - Teatr Syrena kadr z musicalu

źródło: mat. Teatru Syrena


Para, która zginęła Beetlejuice Teatr Syrena recenzja

Sporo zachwytów poleciało w kierunku Lydii. Niestety, nie mogę tego samego powiedzieć o parze głównych (teoretycznie) bohaterów – Barbarze i Adamie. Mam do nich te same zastrzeżenia co w filmie: są bezbarwni. Nic o nich nie wiemy poza tym, że urządzali dom, zginęli (tutaj ciekawa zmiana: zamiast wypadku samochodowego mamy zawalające się schody i jest to świetne rozwiązanie dla teatralnej wersji) i są duchami.


To tworzy ogromną przepaść między charyzmatycznym Beetlejuicem a nijaką, w mojej opinii, parą. Spektakl, który powinien opierać się na trzech filarach, chwieje się, bo dwa z nich są po prostu za słabe. Do tego dochodzą kostiumy – o ile garnitur Beetlejuice’a to majstersztyk, o tyle rozpinany sweter Adama zupełnie mi nie leżał. Choć wiem, że to nie mi miał leżeć, lecz Adamowi, ale no... wiecie.


Ale już abstrahując od kwestii ubioru. Nie rozumiem takiego rozwiązania u Burtona. Para Adam i Barbara to postacie kluczowe. Dlaczego nie są zbudowani na mocnych fundamentach? Są doskonali jako duchy, bo rozmywają się w powietrzu i są bezbarwni. Nie jest to zastrzeżenie do odtwórców ról z Syreny, bo jakość ich wykonań - aktorskich, wokalnych i tanecznych stoi na wysokim poziomie. Nie da się jednak stworzyć postaci tylko na scenie. To kwestia ich napisania, a tu mam spory problem z tymi dwiema postaciami. Nie czuję ich, nie umiem ich polubić, nie poznaje ich lepiej w trakcie trzech godzin spektaklu, nie potrafię więc im kibicować, ani nie potrafię się z nimi zżyć. A po prostu lubię emocje. Adam z Barbarą jako główni bohaterowie tych emocji mi nie przynoszą.


"Beetlejuice" - Teatr Syrena kadr z musicalu

źródło: mat. Teatru Syrena


Chaos, coachem poganiany

Mam też problem z samym scenariuszem. Twórcy musicalu dorzucili do pieca kilka nowych wątków, które moim zdaniem były zbędne albo nieco nietrafione. Macocha jako life coach? Nie rozumiem chęci uwspółcześnienia historii sprzed prawie 40 lat, więc ten temat coachingu gryzł mi się z klimatem Burtona. Gdyby było więcej takich posunięć, to pewnie uznałabym, że chciano pójść w stronę odświeżenia tej historii, ale samo dorzucanie pojedynczych takich elementów nie tworzy niczego nowego. Gryzło mi się to wszystko i zaburzało klimat.


Spektakl wielokrotnie gubi rytm i robi się najzwyczajniej w świecie za długi. Gubienie rytmu to mój największy zarzut do całego przedstawienia. Trwa ono 160 minut (prawie 3 godziny z przerwą), a niektóre sceny po prostu są za długie. Dla porównania, film z 1988 roku trwał jedynie 92 minuty. To prawie o połowę krócej. Myślę, że spokojnie można by sam musical skrócić o 40 minut, usuwając kilka scen, a całość zyskałaby na dynamice. Brakowało mi też scen zbiorowych – jak na tak długi musical, tańca było za mało (szczególnie w pierwszym akcie).


Scenografia, która żyje

Pomarudziłam, pomarudziłam, a przecież to wciąż sztuka, która w wielu momentach bardzo mi się podobała. Muszę przynajmniej trzykrotnie to powtórzyć, bo zaraz ktoś uzna, że musical wcale mi się nie podobał. A to zupełnie nie tak. Nic nie wspominałam jeszcze o scenografii. A scenografia i techniczna strona tego spektaklu to mistrzostwo! Wszystko na tej małej scenie żyje: dach zmienia wysokość w zależności od tego, czy jesteśmy w salonie, czy na strychu, elementy świecą, ruszają się, zmieniają, wjeżdżają, wyjeżdżają i zaskakują. Jeszcze ten świński łeb. Kto widział, ten wie!


Doceniam ogrom pracy zespołu technicznego, bo zgranie tego wszystkiego ze światłami i muzyką na żywo musiało być tytanicznym wysiłkiem. Wszystko jest tu świetnie zaplanowane, przemyślane i to właśnie robi niesamowity efekt. Dodatkowo cudowna charakteryzacja postaci. Garnitur naszego zebro-żuka i jego kolegów. Włosy, makijaż - to elementy, które tworzą całą spójną opowieść.


"Beetlejuice" - Teatr Syrena kadr z musicalu

źródło: mat. Teatru Syrena


Podsumowanie

Spektakl podobał mi się zdecydowanie bardziej niż film, ale miałam chyba jeszcze większe oczekiwania. Media społecznościowe od miesięcy zalewały mnie zachwytami nad tą produkcją. Starałam się nic nie czytać, więc dochodziły do mnie głównie tylko tytuły postów i artykułów, ale mimo wszystko robi to już jakąś otoczkę wokół musicalu. Bawiłam się dobrze, ale wciąż uznaję, że wolę wyjść z lekkim niedosytem niż przesytem.


Widziałam w Teatrze Syrena musicale, które bardziej mnie bawiły, bardziej wstrząsnęły lub bardziej zachwyciły (choćby świetne "Na prochach"). Może to po prostu nie do końca mój styl i klimat? Z całą pewnością warto iść dla Macieja Maciejewskiego i Julii Totoszko – ich talent jest niepodważalny. Warto iść, aby zobaczyć świetną scenografię, posłuchać zapadających w pamięć utworów, bo Syrena po raz kolejny udowadnia, że mamy w Warszawie musicalowe miejsce na światowym poziomie. Warto wyrobić swoją opinię, a nie przyjmować opinie jakichś kulturoNIEznawczyń. Idźcie, oglądajcie, oceniajcie i przede wszystkim bawcie się dobrze!


Widzieliście już „Beetlejuice”? Dajcie znać w komentarzach. Trzy razy „Beetlejuice” i czekam na Wasze opinie!


KulturoNIEznawczyni


Podoba Ci się moja twórczość?

Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!

postaw kawę - baner

tagi: Beetlejuice Teatr Syrena recenzja, musical, nie znam się więc się wypowiem, kulturonieznawczyni, recenzje spektakli teatralnych, krytyk literacki, krytyk teatralny warszawam, najlepsze musicale Warszawa, musical Warszawa, teatr Syrena, opinia, opinie, czy warto, o czym jest

Komentarze


bottom of page