"Chłopki" - Teatr Współczesny | Kobiety, prawnuk, klimat i muzyka [recenzja]
- 25 mar
- 5 minut(y) czytania
Przeniesienie tak ważnej i głośnej książki jak „Chłopki” Joanny Kuciel-Frydryszak na deski teatru to wybór tyleż ciekawy, co odważny. A dodatkowo powiem, że bardzo potrzebny. Ten spektakl zdecydowanie wyróżnia się na tle innych warszawskich sztuk. Powrót do tematu polskiej wsi i surowego życia naszych przodków to na stołecznej scenie coś unikalnego. I choć to teatr trudny i wymagający, został ubrany w niezwykle atrakcyjne barwy. Ale czy widzowie, którzy nie przeczytali książki będą bawić się równie dobrze?
To moja zmora, bo zawsze wiem, że powinnam przeczytać książkę przed pójściem do teatru na sztukę, która bazuje na konkretnym utworze. Doskonale to wiem, ale zdarza mi się o tym zapomnieć albo zwyczajnie nie mieć czasu. Wówczas siadam na widowni ze zwieszoną głową. Tym razem celowo wybrałam odległy termin od premiery sztuki, aby spokojnie z lekturą się zaznajomić. Głowa w górę i dzisiaj mogę się wymądrzać.
Jeśli jednak nie czytaliście "Chłopek" Joanny Kuciel-Frydryszak to przed pójściem do teatru Współczesnego przeczytajcie chociaż moją recenzję:

Oczywiście więc polecam najpierw sięgnąć po lekturę. Bardzo cieszę się, że przeczytałam reportaż przed wizytą w teatrze - od razu czułam ogromną różnicę w świadomości przeżywania tej sztuki w porównaniu z kilkoma innymi, na które poszłam bez znajomości materiału źródłowego. W trakcie spektaklu słyszałam na widowni szepty osób, które książki nie czytały i zastanawiały się, czy dane historie lub postaci faktycznie się w niej pojawiały. Odpowiedź brzmi: tak.
Sztuka jest idealnym dopełnieniem reportażu. Czuć w niej mocne „pocięcie” historii na różne, krótkie sceny, ale dokładnie tak samo skonstruowana była książka, więc jest to bardzo spójne i wierne oddanie jej treści.

źródło: mat. Teatru Współczesnego
Kobiety na pierwszym planie i (nie)symboliczny prawnuk
Twórcy podjęli genialną decyzję castingową i reżyserską: wszystkie męskie role w spektaklu gra jeden aktor, Marcin Stępniak, wcielający się w prawnuka. Radzi sobie z tym zadaniem rewelacyjnie (!), a sam zabieg sprawia, że postacie męskie nie przyćmiewają tych kobiecych. Jeden mężczyzna symbolicznie tu wystarcza, bo to w końcu opowieść o kobietach. Jeśli chodzi o same bohaterki, dobór reprezentatywnych historii z książki był również strzałem w dziesiątkę.
Jak zawsze, gdy jest na scenie to zwracam uwagę na tę aktorkę. Mowa o Agnieszce Pilaszewskiej. Jej piosenka na początku jest absolutnie wyśmienita! Fenomenalnie zagrała rolę przerażonej kobiety, która niczym mantrę powtarza słowa o tym, że najważniejsze, żeby nie przegapić momentu, jak fura (lub wóz, czy co to było) wyjeżdża zza zakrętu. To ciągłe wypatrywanie porywczego męża przez okno, by zdążyć z podgrzaniem posiłku i uniknąć jego gniewu, było niezwykle przejmujące. Te słowa padają jeszcze kilkukrotnie w późniejszej części sztuki na podbicie tych emocji.
Joanna Jeżewska natomiast świetnie ograła postać Maryi. Z jednej strony to Matka Boska, a z drugiej wspomniana w książce francuska opiekunka polskiego pochodzenia, Julie Duval. Jeśli widz czytał książkę, to w takich scenach te klocki zaczynają się wszystkie same układać. I właśnie to jest siła tego przygotowywania się do wyjścia do teatru. Można po prostu uchwycić i zrozumieć więcej. Bez znajomości lektury myślę, że odbiór też będzie fantastyczny, ale to jednak nie to samo.

źródło: mat. Teatru Współczesnego
Muzyka na żywo i taniec z wiadrami
Klimat spektaklu buduje niesamowita muzyka grana na żywo (akordeon, skrzypce, wiolonczela). Piękne głosy aktorek i harmonie wokalne od razu przywiodły mi na myśl ścieżkę dźwiękową z filmu „Chłopi”. Dawało to niesamowitą, folkową atmosferę. Dodatkowo na scenie panuje kolor żółty / brązowy. Wszystko do siebie pasuje - stroje, scenografia, światła, barwy, tekstury. Pięknie!
Na wyróżnienie zasługują też dwa świetne zabiegi reżyserskie. Pierwszy, który mi utkwił to scena taneczna z wiadrami. Metaforyczne pokazanie, że codzienna, mordercza praca na wsi przypomina niekończący się taniec (choć z radością nie ma on absolutnie nic wspólnego). Drugim świetnym zabiegiem jest wykorzystanie oryginalnego nagrania. Wplecenie w sztukę oryginalnego głosu jednej z bohaterek książki dodało realizmu i przypomniało, że choć jesteśmy w teatrze, słuchamy prawdziwych historii, a nie literackiej fikcji.
Te nagrania łączą całą historię w spójne dzieło. Jest sporo fragmentów o różnych postaciach, ale wciąż jednak wracamy do tej bazy, więc nie jesteśmy aż tak zagubieni.

źródło: mat. Teatru Współczesnego
Co bym zmieniła?
Mimo wielu zachwytów, mam do spektaklu kilka uwag. Może to takie mikro uwagi, bo otwarcie przyznaje, że całokształt bardzo przypadł mi do gustu i nie ma co tu dramatyzować, że jakieś elementy widziałabym nieco inaczej. Ale mimo wszystko nimi się podzielę, bo taka moja rola i chęć. Tak, chęć przede wszystkim.
Długość. Cały spektakl wraz z jedną przerwą trwa 2 godziny i 30 minut. To raczej sporo. Spokojnie wyrzuciłabym ze sztuki około cztery słabsze, mniej wyraziste sceny. Wolę wychodzić z teatru z lekkim niedosytem niż z przesytem, a tu myślę, że idealnie byłoby, gdyby spektakl trwał o te 20-25 minut krócej. Nie straciłby na jakości, a mógłby zyskać na dynamice.
W zamian za usunięte fragmenty, dodałabym jedną, bardzo dramatyczną scenę z książki - opis kobiety, która idzie pracować na pole i jest tam molestowana / wykorzystana seksualnie. W reportażu ten moment wybrzmiał bardzo mocno, a w sztuce takiej konkretnej, mocnej wersji mi zabrakło. Ale ogólnie to jedyna scena, o której pomyślałam, że byłaby na mojej krótkiej liście, gdybym tworzyła taki spektakl. Wszystkie inne, o których myślałam, faktycznie w sztuce się znalazły. Więc tu duży plus.
Scenografia, jak już wspomniałam, była świetna. Mooooooże czasami lewa strona sceny wydawała mi się nieco pusta. Dodanie tam jakiegoś drobnego elementu lepiej wypełniłoby przestrzeń. To jednak tylko moje drobne doczepki.

źródło: mat. Teatru Współczesnego
Na koniec muszę poruszyć kwestię, która niezwykle mnie zirytowała. Pani siedząca rząd przede mną ewidentnie się nudziła i co chwilę klikała coś na świecącym ekranie telefonu. Rozumiem, że sztuka może nie przypaść komuś do gustu, ale takie zachowanie to brak szacunku dla ciężko pracujących na scenie aktorów oraz psucie odbioru innym widzom. Chyba każdy ma świadomość, że wyciągnięty telefon, nawet 10 rzędów przed nami, jest doskonale widoczny. Tego światła po prostu nie da się nie zauważyć. Apel do osób, które przychodzą z takimi uzależnionymi od telefonów - kopnijcie w kostkę znajomego lub zwróćcie mu kulturalniej uwagę. Jeśli spektakl Cię męczy - po prostu z niego wyjdź. Szanujmy się nawzajem i nie psujmy odbioru innym.
Podsumowanie Chłopki Teatr Współczesny recenzja
Po zakończeniu spektaklu rozległy się gromkie brawa i były one w pełni zasłużone. „Chłopki” w Teatrze Współczesnym to sztuka niesztampowa, odważna i po prostu bardzo dobra. Choć nieco za długa to ja jestem zdecydowanie na „tak” i bardzo Wam ją polecam.
KulturoNIEznawczyni
Podoba Ci się moja twórczość?
Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!
tagi: Chłopki Teatr Współczesny recenzja, Chłopki Joanna Kuciel-Frydryszak recenzja, opinia, opinie, ocena, oceny, czy warto przeczytać, streszczenie, teatr, warszawa, kulturonieznawczyni, kulturoznawczyni, teatr współczesny, spektakle 2026, na co do teatru, ciekawe sztuki teatralne




Komentarze