"23 i pół godziny" - Teatr Współczesny | Życiowa rola Dąbrowskiej i hiperrealizm na scenie [recenzja]
- 3 godziny temu
- 5 minut(y) czytania
Łatka oskarżenia w przypadku napaści seksualnej ciągnie się za człowiekiem do końca życia. Bez względu na wyrok sądu czy ewentualne oczyszczenie z zarzutów. Nawet same plotki potrafią zniszczyć życie. Ten temat zawsze gdzieś powraca, niszcząc relacje i budząc demony przeszłości. Największy ból to brak obrony. Jak udowodnisz, że czegoś nie zrobiłeś? Z tym właśnie potężnym kalibrem emocjonalnym mierzy się spektakl „23 i pół godziny”. Wyszłam z niego zachwycona, głęboko poruszona i wiem, że to dojrzały dramat, do którego będę wracać myślami jeszcze przez długi czas. To spektakl zdecydowanie godny polecenia.
Moja prośba do Was. Jeśli czytacie tę recenzję, bo zastanawiacie się dopiero nad kupnem biletów to w tym momencie skończcie czytać i po prostu kupcie bilety. Wróćcie do tego artykułu po obejrzeniu dramatu, aby mi podziękować za polecenie. Nie ma co sobie spoilerować, nie ma też co się długo zastanawiać. Jeśli szukacie świetnie napisanego i rewelacyjnie zagranego dramatu z trudną tematyką to "23 i pół godziny" będzie strzałem w 10!
W tym miejscu zazwyczaj dodaję streszczenie sztuki, ale w tym przypadku nie ma to sensu. Rozumiem, że nadal to czytasz, a przecież mówiłam, że masz iść kupić bilet na stronie teatru. Zmieniam się dzisiaj w prawdziwego sprzedawcę. Szkoda tylko, że za darmo. Ale w sumie takie szczere zachęty są najbardziej przekonujące. Dobra, kończmy z tym. Czytelnicy, którzy nie oglądali sztuki lecą kupować bilety, a Ci, którzy są już po obejrzeniu dramatu czytają dalej. Porozmyślamy sobie trochę nad tym, co na scenie się wydarzyło.

świetny plakat!
Zacieram ręce; czas zacząć te zachwyty! To była dokładnie ta rola w wykonaniu Katarzyny Dąbrowskiej (Leigh Hodges), na którą od dawna czekałam. Po bardzo przeciętnym i zupełnie nieprzekonującym występie w „Historii miłosnej”, tutaj aktorka pokazała swój absolutnie najlepszy warsztat. Po "Historii miłosnej" czułam spory niedosyt. Może nawet lekki żal, że taka tematyka przedstawiona została zupełnie bez chemii. Tym razem takich zażaleń mieć na pewno nie będę. Dąbrowska w dramacie "23 i pół godziny" stworzyła od początku do końca niesamowitą, przepełnioną najtrudniejszymi uczuciami postać. I zrobiła to r e w e l a c y j n i e! Od samego początku, aż do końca. W jej postaci nie było gorszego momentu. Wyśmienita rola!
Warto uświadomić sobie jedną rzecz: nasz umysł biologicznie nie odróżnia emocji „granych” od tych prawdziwych - on je po prostu w pełni przeżywa. Dlatego aktorstwo w tak trudnych gatunkowo spektaklach jest niebywale wymagające. Było to dobitnie widać podczas ukłonów. Katarzyna Dąbrowska była szczerze poruszona i fizycznie wymęczona tym, co przed chwilą oddała na scenie. Należą jej się za to wielkie brawa, bo to głównie dzięki tym prawdziwym emocjom aktorskim ta sztuka uderza w widza z taką mocą. Mimo że to jej mąż odbył wyrok, to właśnie emocje kobiety wydają się tu najtrudniejsze do udźwignięcia. Ona kocha, chce mu w pełni ufać, ale w tym wszystkim pojawia się to tytułowe pół godziny zwątpienia, które potrafi zrujnować niemal wszystko. Tom ma pewność co do tego co zrobił, a czego nie. Leigh nie może mieć tego stuprocentowego przekonania. I w tym tkwi trudność w ich relacji.

źródło: mat. Teatru Współczesnego
Szymon Mysłakowski jako Tom wykonuje tu również tytaniczną pracę. Na początku sztuki widzimy duszę towarzystwa: wesołego, otwartego mężczyznę, który zabawia przyjaciół historiami i pęka z dumy nad swoim nowym przedstawieniem. Jakże drastycznie inny jest jego wizerunek, gdy po kilku latach spędzonych w więzieniu wraca do domu. To już zupełnie inny człowiek.
Obserwujemy jego powrót do rzeczywistości, do domu, który z pozoru dobrze zna, a który w praktyce stał się zupełnie obcy. Mysłakowski świetnie ogrywa tę całą skalę szarości. Jego bohater szuka normalności w prozaicznych czynnościach - gotuje dla żony, stara się, by Leigh czuła się przy nim swobodnie, szuka pracy (którą ostatecznie znajduje). Co niezmiernie ważne, scenariusz nie popada w banał: Tom nie krzyczy non stop, że jest niewinny. Jego spokojne, stanowcze, trzykrotne „nie” pada dopiero na samym końcu spektaklu. On po prostu próbuje na nowo żyć, będąc w gruncie rzeczy największą ofiarą całej tej historii.
Sztuka jest tak poprowadzona, że właściwie widz sam może czuć rozmaite emocje. I to jest ekstremalnie mocne w tym dramacie. Poniekąd wczuwamy się w znajomych tej rodziny. Chcemy mężczyźnie wierzyć, już myślimy, że mu ufamy, a potem jakieś słowo, jakiś gest, ktoś coś doda i nagle pojawia się niepewność. Myślę, że dzięki temu rozumiemy to, co się dzieje w głowie Leigh.

źródło: mat. Teatru Współczesnego
Choć to małżeństwo niesie główny ciężar sztuki, świetnie uzupełnia ich drugi plan. Właściwie nawet nie taki drugi, bo wszystkie postacie są napisane wyraziście, konkretnie i bez banałów. Ogromne w tym miejscu brawa dla Jana Scardiny, który wciela się w syna, Nicholasa. To wciąż student, ale jego umiejętności aktorskie już teraz są fantastyczne (mocno trzymam kciuki za jego rozwój i dalsze poczynania).
Jego Nicholas nie jest przerysowanym, kontrastowym, wiecznie zbuntowanym nastolatkiem. To wielowymiarowa, dobrze napisana i autentycznie zagrana postać. Nie jest buntownikiem mówiącym tylko "nie". Ma świetny kontakt z córkami sąsiadów, czule uśmiecha się do telefonu, czytając wiadomości od dziewczyny. Bardzo przekonująco wypada na tle swoich doświadczonych scenicznych rodziców i świetnie partneruje im w trudnych scenach.
Swoje dokładają też sąsiedzi, Bruce i Jayne Wagner (Szymon Roszak i Monika Pikuła). Są w tej całej sytuacji po ludzku zagubieni. Chcą dobrze, a wychodzi... bardzo różnie. Zupełnie jak w życiu. Ich obecność jest jednak kluczowa i nadaje całej sztuce odpowiedniego balansu. Jayne miesza i ma trudności z poradzeniem sobie z całą sytuacją. Bruce stara się być dobrym kumplem i chce, aby Tom jak najszybciej wrócił do normalności. Zimne piwo, wspólnie oglądany mecz.

źródło: mat. Teatru Współczesnego
Nie mogę pominąć warstwy wizualnej, która jest tu po prostu obłędna. Takiej dekoracji nie powstydziłaby się absolutnie żadna z największych scen w kraju. Oglądamy w pełni umeblowane, kilkupokojowe mieszkanie, i to bez grama teatralnego udawania czy umowności. Przypomina mi to rozmach i dbanie o detale, które widziałam na przykład w teatrze na 6. piętrze. A przecież tam scena jest znacznie większa.
Scena w baraku zyskała przestrzeń i nie mam pojęcia, jak to się stało. Byłam tam wcześniej, więc tego zupełnie się nie spodziewałam. Mamy spory salon, w pełni wyposażoną kuchnię, wejście ze schodami, mnóstwo bibelotów, fotografie, dopasowane meble i obrazy - to wszystko buduje niesamowicie realistyczny, gęsty świat. Słowa najwyższego uznania dla scenografki, Katarzyny Kornelii Kowalczyk.
To, na co jeszcze zwróciłam uwagę to stroje bohaterów. Niby nic nadzwyczajnego, bo przecież to nie jest baśniowy musical. Ale czasem takie zwyczajne stroje są trudniejsze do zaprojektowania. Za ten element przedstawienia odpowiadał Krystian Szymczak. I tu ponownie brawa, bo stroje są idealnie dopasowane do charakterów bohaterów.

Podsumowanie 23 i pół godziny teatr współczesny recenzja
„23 i pół godziny” to po prostu świetnie napisana i po mistrzowsku zagrana sztuka. Taki bardzo dojrzały, psychologiczny teatr, który nie podaje widzowi gotowych rozwiązań na tacy, ale trzyma go mocno za rękę mówiąc - przeżyjmy to razem. Zmusza do zastanowienia się, jak kruchym fundamentem jest zaufanie i jak potężną siłę rażenia mają niedopowiedzenia. Gorąco polecam sprawdzić ten tytuł na własne oczy!
Dziękuję za #zaproszenie!
KulturoNIEznawczyni
Podoba Ci się moja twórczość?
Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!
tagi: 23 i pół godziny teatr współczesny recenzja, recenzje, opis, streszczenie, opinia, opinie, krytyk literacki, krytyk teatralny, opinie o spektaklu, czy warto, scena w baraku, kulturonieznawczyni, kulturoznawczyni, najlepsze dramaty 2026, najlpesze spektakle 2026, na co do teatru 2026, na co do teatru w warszawie




Komentarze