"Chłopki" - Joanna Kuciel-Frydryszak | Brutalna lekcja historii, o której nikt w szkole nie mówił [recenzja]
- 25 lut
- 4 minut(y) czytania
Po bardzo dobrych recenzjach, ogromnym szumie wokół książki Joanny Kuciel-Frydryszak i zapowiedziach spektaklu „Chłopki”, postanowiłam sama sięgnąć po tę niekrótką pozycję, aby przekonać się, co i jak. I jak mogę podsumować to dzieło? "Chłopki" to okrutnie szczery reportaż, który niesamowicie ciąży. I warto zaznaczyć od razu jedno: to zdecydowanie nie jest łatwa książka, którą czyta się z uśmiechem na twarzy. Słowo na dzisiaj to: "ciąży". Łatwiej czyta się pozycje, które wciągają, ale warto sięgać po te, które ciążą. O takiej więc dzisiaj.
Czytałam ten reportaż długo, chyba prawie miesiąc. Nie byłam w stanie "zanurzyć się" w niego i pochłonąć go w kilka wieczorów. To lektura, która przytłacza swoim ciężarem, więc pod koniec wręcz zmuszałam się, by ją dokończyć. Może momentami była to książka dla mnie nieco za długa, a niektóre fragmenty mniej porywające. Ale szybko uświadomiłam sobie, że na "Chłopki" trzeba patrzeć inaczej - to w końcu dokument. To zebranie ogromu danych, archiwów i przeprowadzonych rozmów, bez których ten prawdziwy, niepudrowany obraz polskiej wsi nigdy by do nas nie dotarł. Za to zaangażowanie w projekt trzeba autorkę pochwalić.

100 lat, które zmieniło (prawie) wszystko
To, co najbardziej uderzyło mnie podczas lektury, to uświadomienie sobie, jak niewyobrażalny przeskok cywilizacyjny zaliczył świat i oczywiście też polska wieś w ciągu zaledwie stu lat. Przecież wydaje się, że 100 lat to wcale nie tak dużo. A jednak, czytając historie tych kobiet, często miałam wrażenie, że czytam o niewolnicach, którym bliżej do średniowiecza, a nie współczesnego świata. I właśnie to jest bardzo ważna lekcja dla czytelników, którzy krążą myślami po swoim życiu. Zazwyczaj to życie nie jest usłane różami, ale jednak nie ma co porównywać trudów codzienności - na tym poziomie najbardziej podstawowych potrzeb - do tego, co było udziałem chłopek sto lat temu.
Rodząc się w chłopskiej rodzinie, dziewczyna była od początku skazana na ciężką harówkę i los, o którym decydowali inni.
"W Polsce międzywojennej 64 procent gospodarstw na wsi uznawano za niewystarczające, a 40 procent wiejskich kobiet za zbędne. Nie ma dla niej pracy, więc nie ma dla niej jedzenia. Jest zbędna. Trzeba ją jak najszybciej wydać za mąż."
Wszystko kręciło się wokół pieniędzy, posagu i morgów ziemi. Małżeństwo w większości nie miało nic wspólnego z miłością – to była transakcja gospodarcza. Jak trafnie ujęła to autorka (cytując ówczesną prasę): "
Gdyby koza morgi miała,
toby zaraz się wydała".
Kobieta była sprowadzana do roli darmowej siły roboczej i inkubatora. Rodziny z piątką czy szóstką dzieci uważano za "średniaki" - normą było rodzenie dziecka za dzieckiem, aż do utraty zdrowia lub życia. A gdy kobieta straciła życie po fali porodów, na jej miejsce często wskakiwała siostra. Straszne.

Chleb z mlekiem na śniadanie, obiad i kolację
"Chłopki" brutalnie obdzierają polską wieś z romantycznego mitu sielanki, który tak często (i błędnie) nosimy w głowach. To książka o skrajnej, obezwładniającej biedzie, głodzie i braku podstawowej higieny. Jeden z cytatów idealnie obrazuje kulinarną "rozpustę" tamtych czasów:
"Kolejna rodzina przez niego przepytywana podaje, że w dniu badania zjadła: na śniadanie chleb i mleko, na obiad: chleb i mleko, na kolację: chleb i mleko."
Chleb z cukrem uchodził za najlepszy deser, a kąpiel całego ciała za luksus lub wręcz fanaberię. Ludzie żyli w brudzie, obawiając się lekarzy i zabobonnie wierząc znachorom, stosując metody leczenia, które dziś wywołują ciarki (jak okłady z odchodów na rany czy wycieranie pleśniawek moczem). Ciężka praca fizyczna od rana do wieczora wymagała dostarczenia odpowiedniej ilości pokarmu. Posiłki na polskiej wsi nie były jednak wystarczające. Brakowało odpowiedniej liczby kilokalorii, nie mówiąc już o jakichkolwiek zbilansowanych posiłkach.
Piekło kobiet – dosłownie
Najtrudniejszymi fragmentami były dla mnie opisy przemocy fizycznej i seksualnej. Przemocy, która była na porządku dziennym, za obopólnym, cichym przyzwoleniem społeczeństwa.
"Wielu mężczyzn w swoich wspomnieniach romantyzuje pasionkę, jednak część z nich realistycznie opisuje, co naprawdę się działo na pastwiskach: Samogw**t, g**łcenie dziewczyn i tym podobne rzeczy były na porządku dziennym."
Mamy tu straszne historie znęcania się mężów nad żonami, ojców nad córkami czy dziedziców nad służącymi. Co najbardziej przerażające, winą za te czyny obarczano zazwyczaj... same kobiety. Uznawano, że "źle się prowadziły" i skusiły tego "biednego" mężczyznę, który nie mógł oprzeć się własnej naturze. Czytanie o tym budzi czystą złość, smutek, niedowierzanie. Prawa kobiet praktycznie nie istniały. Wszystko sprowadzało się do tego, komu podporządkowana została dana kobieta. Jej los był w rękach mężczyzny, z którym była lub któremu służyła.
Ta książka uświadomiła mi, jak ogromne szczęście miałam, rodząc się w późniejszych czasach. Nie wyobrażam sobie siebie w świecie, gdzie moim jedynym życiowym celem miałoby być pełne podporządkowanie się mężczyźnie i zaharowywanie się na śmierć w gospodarstwie, bez prawa głosu.
"Kto się pod ławą urodził, nigdy na nią nie wejdzie."
To przysłowie, pojawiające się w książce, idealnie podsumowuje beznadzieję ówczesnego systemu klasowego. Szanse na wyrwanie się z biedy i awans społeczny dla wiejskiej dziewczyny były bliskie zeru. Nawet jeśli udawało jej się wyjechać "na służbę" do miasta, często czekały na nią kolejne upokorzenia, głód ("dwa stoły" dla państwa i służby) i samotność.

Podsumowanie Chłopki Joanna Kuciel-Frydryszak recenzja
"Chłopki" to pozycja niezwykle wartościowa i - moim zdaniem - bardzo cenna szczególnie dla młodszego pokolenia. To podróż w czasie, która pozwala złapać zdrowy dystans do problemów, którymi żyjemy na co dzień. My narzekamy na słabe łącze Wi-Fi, one marzyły o tym, aby mieć choć jedną parę butów.
„Na drugi dzień rozścieliła matka zgrzebną płachtę na podłodze, na której mi kazała stanąć, zawiązała mię w dwa rogi i podała bratu na plecy, żeby mnie zaniósł do szkoły. (...) Szczęśliwa wchodziłam boso do klasy, że mogę się uczyć, siadałam w ławce, podwijając nogi pod siebie, bo mi było zimno”.
"Chłopki" to zbiór dziesiątek, a może i setek mikrohistorii. I może to jest dla mnie nieco minus tego reportażu. Trudniej mi się czyta historie, gdy ciągle zmienia się główna bohaterka reportażu. Niektóre kobiety pojawiały się tylko raz w konkretnym temacie, inne pojawiały się i znikały, aby po kilku rozdziałach znów wrócić. Dla mnie te powroty były trudne, bo już w wielu przypadkach zdążyłam zapomnieć, jak wyglądała historia danej chłopki. Z drugiej strony, trudno mi to punktować jako wielki problem, bo jak już kilkukrotnie wspomniałam, mamy tu do czynienia z reportażem, a ten rodzaj literatury rządzi się swoimi prawami.
Z całą pewnością jest to książka warta przeczytania, trudna, ciążąca, ale warta uwagi i poświęconego jej czasu. Dajcie znać, czy czytaliście "Chłopki" i jakie są Wasze przemyślenia po lekturze!
KulturoNIEznawczyni
Podoba Ci się moja twórczość?
Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!
tagi: Chłopki Joanna Kuciel-Frydryszak recenzja, opinia, opinie, ocena, oceny, czy warto przeczytać, streszczenie, teatr, reportaż, dokument, reportaże, strona o literaturze, strona o książkach, recenzje książek, recenzje literackie, krytyk literacki warszawa, recenzje na zlecenie, recenzje książek na zamówienie, kulturonieznawczyni, kulturoznawczyni




Komentarze