"Peer Gynt" - Opera Narodowa | Co za trolle! [recenzja]
- 13 godzin temu
- 5 minut(y) czytania
Co za trolle! Jak tak można! Te trolle, te trolle, one były... g e n i a l n e! Och, ale zacznijmy od początku. Idąc na balet, spodziewamy się zazwyczaj klasyki, puent, rajstopek i wysokich skoków pod sam sufit. „Peer Gynt” w wykonaniu Polskiego Baletu Narodowego szybko i bardzo skutecznie wyprowadza z tego błędu. Dodatkowo, w samym tylko pierwszym akcie dzieje się tu więcej niż w całym moim życiu, a na scenie króluje raczej taniec współczesny niż klasyczny balet. Nie jest to jednak żaden zarzut, bo to co otrzymujemy, to coś, co chce się oglądać. I słuchać!
Często o tym piszę, gdy przychodzi moment tworzenia recenzji z wyjścia na balet czy też operę. Ale może jesteście u mnie na stronie pierwszy raz, więc warto powtórzyć. Dlatego prosto z mostu: jeśli ktoś sądzi, że na balet można przyjść z marszu, bez wcześniejszego czytania streszczenia - szczerze podziwiam odwagę. Sama niewiele bym z tej historii zrozumiała, gdybym nie odrobiła pracy domowej. Wizja reżyserska nieco różni się od standardowych opisów dostępnych w sieci, dlatego koniecznie zajrzyjcie na oficjalną stronę Opery Narodowej przed spektaklem.
Przeczytanie streszczenia akt po akcie nie zajmie Wam więcej niż 5 minut, a to naprawdę ułatwia sprawę. Zamiast stresować się na widowni, że nie wiemy, o co chodzi i kto jest kim, możemy się zrelaksować i w pełni skupić na pochłanianiu tańca i muzyki. A uwierzcie mi, opowieść jest na tyle dziwna i pokręcona, że będziecie potrzebować tego przewodnika.

Przepraszam, czy to legalne, żeby tworzyć tak piękne plakaty? Cudo!
O czym jest "Peer Gynt" - szybkie streszczenie Opera Narodowa recenzja
Tytułowy Peer Gynt to lekkoduch, który ucieka od jakiejkolwiek odpowiedzialności. W pierwszym akcie obserwujemy pasmo jego fatalnych decyzji: wpada na wesele dawnej przyjaciółki, uwodzi pannę młodą, porywa ją, po czym bezlitośnie porzuca. Następnie wplątuje się w układ z córką Króla Trolli. Kuszony bogactwem niemal bierze z nią ślub, ale ucieka w panice, gdy ta pokazuje odrażające oblicze (kobieta zupełnie nie umie tańczyć, co zniechęca Peera) i żąda uznania ojcostwa nienarodzonego dziecka. Z licznych opresji co chwilę ratuje go tajemnicza Śmierć. Ostatecznie Peer wraca do domu, by pożegnać umierającą matkę, łagodząc jej odejście zmyślonymi opowieściami.
Drugi akt to potężny skok w czasie. Peer jest już bogatym przedsiębiorcą. Podczas podróży po Maroku daje się jednak naiwnie okraść egzotycznej Anitrze, która zostawia go na pustyni z niczym. Wycieńczony trafia ostatecznie pod opiekę niepokojącego doktora i ląduje w... zakładzie dla obłąkanych. To tam, wśród szaleńców, którzy z radością obwołują go swoim królem, w niezwykle ironiczny sposób spełnia się jego marzenie o wielkości.
Doprowadzony na skraj załamania i dręczony wyrzutami sumienia, w końcu pojmuje, jak bardzo zmarnował życie. Wraca do Solweig - jedynej kobiety, która naprawdę go kochała i wiernie na niego czekała, tracąc w międzyczasie wzrok. Stary i zgorzkniały Peer dopiero w jej ramionach odnajduje spokój, rozumiejąc zbyt późno, że zawsze odrzucał to, co najcenniejsze.

źródło: mat. Opery Narodowej
Kto wymyślił te przygody? Co ten gość przeżył, to ja nawet nie mam pytań. Tytułowy Peer Gynt to postać, która teoretycznie absolutnie nie zachęca do sympatii. Zaczyna od nieposłuszeństwa wobec matki (Åse), a potem jest już tylko gorzej. To podręcznikowy antybohater: oszukuje, zdradza, ucieka od odpowiedzialności, a ego ma wystrzelone w kosmos. Skacze z kwiatka na kwiatek, zbywa kolejne zakochane w nim kobiety, by ostatecznie kierować się do tej, która tyle przez niego wycierpiała. Pokazuje to zresztą sporo brutalnej prawdy o życiu.
A jednak, mimo tych wszystkich wad, choreografia i niezwykle plastyczny taniec odtwórcy głównej roli sprawiają, że ostatecznie gdzieś w głębi serca mu kibicujemy, a do tego trochę nawet współczujemy. Dla mnie Peer Gynt był przede wszystkim postacią, której byłam bardzo ciekawa.

źródło: mat. Opery Narodowej
Warto w tym momencie ustalić jedno - pod względem choreografii (za którą odpowiada Edward Clug) to moim zdaniem w wielu momentach bardziej taniec współczesny niż balet. Tancerze występują raczej w skarpetkach, a nie w klasycznych puentach, a standardowych wyskoków i obrotów tu wielu nie zobaczymy. Zupełnie mi to nie przeszkadzało, ale lojalnie uprzedzam nowicjuszy, którzy mogliby poczuć się zaskoczeni brakiem „Jeziora łabędziego” na scenie.
Kroki i gesty są tu pozornie proste, ale precyzyjnie obliczone, aby zostawić miejsce na zrobienie potężnego efektu "wow", który jest udziałem trolli i ich synchronicznego tańca grupowego. Gdy na scenę wkraczają trolle to od razu wiemy, że coś się będzie działo. Tańce w grocie Króla Gór, przyklaskiwania, niesamowity rytm i tempo są wy-śmie-ni-te. Patrząc na tę armię, pomyślałam sobie, że choć pewnie każdy tancerz na castingu marzył o solowej roli Peera Gynta, to bycie w tak perfekcyjnej, zgranej grupie trolli musi być powodem do ogromnej dumy. Bardzo doceniam wszystkich występujących, bo dzięki nim tak niesamowity taniec mogłam podziwiać. Obok cudownego jelenia, to właśnie trolle robią największe, zapadające w pamięć wrażenie.

źródło: mat. Opery Narodowej
Na wyróżnienie zasługują też inne genialne momenty, które fantastycznie ubarwiają całą opowieść. Już na samym początku spektaklu uwagę kradnie wspomniany jeleń - jego świetny strój z kopytami dawał mu ogromne możliwości do wykonywania imponujących, sprężystych podskoków. To najbardziej zjawiskowa i "baletowa" postać tej sztuki.
Kolejną perełką jest scena, w której tancerki stoją na ciągniętych po scenie dywanach. Utrzymanie się na nich na pewno wymagało od artystek niezwykłej świadomości ciała i zachowania idealnej równowagi. Do tego wszystkiego twórcy potrafią świetnie bawić się formą, o czym świadczy żartobliwe otwarcie drugiego aktu. Ten rozładowujący napięcie żart z zabawkowym samolotem na monetę skradł moje serce. Śmiech momentalnie rozszedł się po całej widowni.

źródło: mat. Opery Narodowej
Muzyka Edvarda Griega to mistrzostwo świata i nie boję się tego powiedzieć. Szczególnie w pierwszym akcie jest szalenie energetyczna, dynamiczna i z ogromnym charakterem. Tych utworów, które z jakiegoś powodu się zna (a przecież nie lecą w komercyjnych radiach) jest tu wiele. Muzyka jest piękna i to ona buduje tu klimat. Sceny są wypełnione melodiami, instrumentami i trudno się w tak pięknej muzyce nie zanurzyć.
Nieco chłodniej oceniam scenografię. Jest bardzo minimalistyczna. Mamy tu w zasadzie jeden stały, okazały element: kamienną górę, która płynnie staje się grotą lub domem, oraz biegnącą dookoła ścieżkę. Owa ścieżka wyznacza miejsce akcji, a w finale wraca jako przerwana, niedokończona droga życia bohatera. Liczyłam jednak na nieco więcej zróżnicowania wizualnego, zwłaszcza po przeniesieniu się do krainy elfów. Brakowało mi tam wizualnej zmiany, która mocniej podbiłaby baśniowy klimat, na jaki ten moment po prostu zasługiwał. W pozostałych scenach ten minimalizm jak najbardziej mógłby zostać zachowany.

źródło: mat. Opery Narodowej
Podsumowanie
Sztuka ma idealne ramy czasowe - dwa akty po około godzinie plus 20-minutowa przerwa. To o wiele lepsza opcja „na raz” lub w ciągu tygodnia niż niemal czterogodzinne opery, które potrafią już nieco zmęczyć przeciętnego Kowalskiego.
Jeśli zapytacie, czy warto iść na "Peera Gynta" odpowiem szybko i konkretnie. Tak, gorąco polecam ten tytuł. A szczególnie tym, którzy trochę boją się hasła "balet". Już dla samej muzyki Griega i rewelacyjnego tańca trolli warto kupić bilet. Wciąż numerem jeden dla mnie jest "Dracula", ale na "Peera Gynta" drugi raz też bym poszła. A to jak na mnie już dużo.
KulturoNIEznawczyni
Podoba Ci się moja twórczość?
Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!
tagi: Peer Gynt Opera Narodowa recenzja, opis, opinia, opinie, streszczenie, recenzje, relacja, relacje, czy warto, opis, o czym jest, czy warto obejrzeć, kultura, sztuka, opera, krytyk, recenzent warszawa, strona o operze, strona o balecie, kulturoznawczyni, kulturonieznawczyni




Komentarze