"Kobieta bez cienia" - Opera Narodowa ze sceną, która zatrzymuje czas [recenzja]
- 3 dni temu
- 5 minut(y) czytania
Przed opublikowaniem tej recenzji zrobiłam coś, czego zazwyczaj unikam - sprawdziłam, jak prapremierę tej opery odebrali branżowi znawcy. I przyznam, że się zdziwiłam. Znalazłam w sieci niemal same negatywne opinie i ogrom narzekań na słabe głosy kobiece. W takiej chwili mogę tylko odetchnąć z ulgą; cóż za szczęście, że ja się nie znam! Bo jeszcze by wyszło, że nie powinnam się zachwycać "Kobietą bez cienia". A podobała mi się ta opera bardzo. Swoją opinię wyrażam na podstawie sztuki, którą widziałam wprawdzie nie w dniu prapremiery, lecz na spektaklu wystawianym kilka dni później. Mam swoje zdanie, operę uznaję za bardzo dobrą i utwierdza mnie to w przekonaniu, że do miejsc sztuki chodzi się po własne emocje, a nie po cudze werdykty. I do tego Was dzisiaj zachęcam.
„Kobieta bez cienia” (z muzyką Richarda Straussa) to opowieść z niecodziennym, magicznym, wręcz baśniowym librettem (autorstwa Hugona von Hofmannsthala). Oś fabularna opiera się na zderzeniu dwóch zupełnie różnych sfer. Z jednej strony mamy uprzywilejowaną Cesarzową, która za wszelką cenę próbuje pozyskać cień. Z drugiej - wywodzącą się z nizin społecznych żonę Baraka, która ów cień miałaby sprzedać. Sam tytułowy cień jest tu oczywiście silną metaforą macierzyństwa. Dowiadujemy się bowiem, że kobieta bez cienia nie może dać życia.
W tle majaczy jeszcze trzeci, mroczny wymiar po drugiej stronie lustra. Mowa o świecie duchów i patriarchalnego ojca (Keikobada). To opowieść o zniewoleniu, ale też o moralności i przemianie. Co ciekawe, postaci męskie są tu rozpisane dość prosto. Nie ma w nich wielkiej głębi. Wyjątkiem może jest Barak, gotowy do ustępstw mąż, próbujący usłyszeć potrzeby swojej żony. Zdecydowanie ciekawiej i bardziej wielowymiarowo wypadają tu kobiety.
Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić w warstwie fabularnej: zabrakło mi nieco silniejszej dramaturgii w wewnętrznych przeżyciach samej Cesarzowej w pierwszej połowie spektaklu. Chciałabym mocniej czuć jej emocje przez pierwsze dwa akty, by to ona bezdyskusyjnie wychodziła na pierwszy plan od samego początku.

Zrobiło się baśniowo. Czyja to sprawka?
To, co kupiło mnie niemal od razu, to baśniowy klimat, stroje i scenografia. To momentami taka opera we flanelowej koszuli, która jest otulona specyficznym, baśniowym pyłkiem. Ma w sobie kontrasty, ale przechodzi z jednego świata do drugiego całkiem płynnym krokiem.
Scenografia jest według mnie zniewalająca i zachwycająca. Ogromne, złożone konstrukcje, które niezwykle cieszą oko widza i wprowadzają nas do tak różnych światów. Wszystko za sprawą kręcących się kompozycji na scenie. Dzięki nim układ tego, co widzimy, zmienia się błyskawicznie. W trakcie jednego aktu potrafimy otrzymać nawet cztery zupełnie inne przestrzenie. Dodaje to niesamowitej dynamiki, a przejścia między miejscami akcji są świetnie, płynnie zaznaczone. Las za szybami za to cudownie buduje ten baśniowy, magiczny klimat. Mówiąc krótko: podoba mi się to! Lubię dynamikę, lubię jak coś jest dopracowane, a tu właśnie to otrzymałam. Scenografia tworzona na kole to ten typ, który obecnie chyba najbardziej lubię.

źródło: Teatr Wielki - Opera Narodowa, fot. Krzysztof Bieliński
A gdyby tak...
Dawno się nie wygłupi(a)łam, więc może to jest ten moment. W tym miejscu rzucę moim reżyserskim pomysłem. Gdybym to ja odpowiadała za ten spektakl, za wszelką cenę kombinowałabym ze światłem tak, aby tytułowa kobieta fizycznie miała... wyeliminowany cień na scenie. Oh tak, już widzę, jak moi czytelnicy właśnie wstają ze swoich miejsc i zaczynają klaskać. Dzięki, dzięki wielkie.
Ale poczekajcie, bo może to jest pomysł dziwny, ale dałoby się to jakoś zrobić. Choćby przez specyficzne oświetlenie z góry - nad bohaterką, podczas gdy reszta postaci miałaby ten cień mocno uwydatniony. Tak, pewnie to technicznie karkołomne, ale wyobraźcie sobie, jaki to byłby efekt. Dobra, kończę już te moje wymysły. Przejdźmy do poważnych tematów. Jakby co to nie odbieram punktów tej operze za cień, który kobieta bez cienia miała. Obecność cienia więc nie kładzie się cieniem na moim odbiorze sztuki. Oh, dobra.
Jestem tego pewna.
Bez cienia wątpliwości.
Ajajajaj.
Okej, już, już.

źródło: Teatr Wielki - Opera Narodowa, fot. Krzysztof Bieliński
Muzyka, głosy i scena, dla której warto kupić bilet
Akcja i muzyka rozkręcają się tu z czasem. Akt pierwszy bywa nieco monotonny, nie znajdziemy tu arii, do których można potupać nogą. W żadnej tak właściwie nie ma takiej arii, ale w kolejnych aktach miałam wrażenie, że ta muzyka staje się bardziej charakterna i wyrazista. Uwaga techniczna: w pierwszych dwóch aktach partie śpiewane po niemiecku idą w solidnym tempie. Słowa na ekranie znikają znacznie szybciej niż przy operach włoskich, które ciąąąąągną się często bardzo długo. Więc tutaj to wymaga od widza wzmożonej uwagi.
Tak jak wspomniałam, im dalej, tym lepiej. Drugi akt jest znacznie bardziej emocjonujący muzycznie, instrumenty zaczynają wspaniale podbijać stawkę. Siedziałam tym razem w loży 4. na drugim balkonie, czyli mocno po lewej stronie. Dzięki temu miałam doskonały widok na kanał orkiestry. Obserwowanie dyrygenta i muzyków w chwilach największych muzycznych wybuchów to świetna sprawa. Polecam Wam kombinowanie z wybieraniem różnych miejsc w operach, bo jednak w każdym miejscu skupienie na odbiorze może być nieco inne. Wciąż uznaję widownię Opery Narodowej za fatalnie zaprojektowaną i nie ma co ukrywać, trzeba wiedzieć, które miejsca wybierać, a które całkowicie odrzucać (i zdecydowanie cena biletu często Wam tego nie podpowie). To już taki zapis na marginesie.
Trzeci akt to już czysta petarda. Scena ze stalaktytem, stołem, na którym spoczywa Keikobad, i pojawiającym się skamieniałym ukochanym, to moment, w którym osiągamy emocjonalny wybuch. Ale tak naprawdę wybuchu nie ma, bo wszystko dookoła gaśnie, a cała opera pogrąża się w ciemności. Padają słowa: „Ja nie chcę” (czy coś takiego). To była scena, po którą tam przyszłam, nawet o tym wcześniej nie wiedząc. Nie była ani o sekundę przeciągnięta. Była wyśmienita, rewelacyjna, perfekcyjna. Moje serce biło niezwykle szybko, a ja czułam, że mam łzy w oczach. Wielkie brawa za tę scenę i za to wyczucie. Dla mnie to był moment magiczny.

źródło: Teatr Wielki - Opera Narodowa, fot. Krzysztof Bieliński
Wbrew opiniom ekspertów, będę bronić głosów kobiecych, bo dla mnie były to wykonania bardzo dobre. Trzy główne postaci: Annemarie Kremer (Cesarzowa), Lindsay Ammann (Mamka) oraz Lise Lindström (Żona Baraka) wokalnie niosą ten spektakl. Świetnie zaprezentował się też Lauri Vasar jako Barak.
Nie mogę nie wspomnieć o postaci, która wniosła na scenę powiew świeżości i trochę humoru. Paweł Kozłowski jako Złoty Chłopak, ze swoimi wygibasami i śmiesznymi próbami kuszenia kobiety, kradnie uwagę i przełamuje mroczniejszy ton opowieści. Nie jestem zwykle wielką fanką tego typu dodatków, ale tu mi to odpowiadało i szczerze się uśmiechnęłam podczas tej sceny.
Podsumowanie Kobieta bez cienia Opera Narodowa recenzja
Chodzę do oper i teatrów po emocje i po to, by coś we mnie zostało po opadnięciu kurtyny. Ta konkretna scena z trzeciego aktu zostanie ze mną na bardzo długo. Jeśli wahacie się, czy pójść na „Kobietę bez cienia”, idźcie choćby dla tego jednego, perfekcyjnego momentu. I pamiętajcie - miejcie zawsze swoje zdanie. To nic złego, jeśli wszystkim naokoło szuka się podoba, a Wam nie. To nic złego, jeśli wszyscy krytykują, a Wy się zachwycacie. To siła sztuki, bo do jednych coś trafia, a innych nie porywa. Sprawdzajcie sztukę samodzielnie, zanim wydacie werdykt. To zawsze zdecydowanie najfajniejsza część, bo zależy tylko od Was. Auf Wiedersehen!
KulturoNIEznawczyni
Podoba Ci się moja twórczość?
Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!
tagi: Kobieta bez cienia Opera Narodowa recenzja, krytyk teatralny, krytyk literacki Warszawa, sztuka, opera, spektakl, kulturoznawczyni, kulturonieznawczyni, premiera, prapremiera, opera narodowa recenzje, opinia, opinie, opis, streszczenie, o czym jest, czy warto, recenzja




Komentarze