"Matka Joanna od Aniołów" - Teatr Narodowy z czernią i chłodem [recenzja]
- 9 godzin temu
- 4 minut(y) czytania
Nigdy nie ukrywałam, że od teatru oczekuję emocjonalnego tąpnięcia. Liczę na to, że spektakl złapie mnie za gardło i nie puści aż do wyjścia z budynku, a może nawet i kilka dni po nim. Niestety, popularny tytuł wystawiany na Scenie przy Wierzbowej zostawił mnie w poczuciu dziwnego chłodu. Choć mroku tam nie brakowało, to zamiast artystycznej fascynacji, z teatru wyniosłam głównie... zmęczenie.
"Matka Joanna od Aniołów" to taki tytuł, o którym chyba słyszał każdy. Nie wiadomo gdzie, nie wiadomo skąd, nie wiadomo dlaczego, ale gdzieś tam się on ciągle pojawia. Moja wiedza o tej sztuce, filmie, opowiadaniu Jarosława Iwaszkiewicza była żadna, dlatego postanowiłam to zmienić. Poszłam trochę w nieznane, bo uznałam, że teatr będzie moim pierwszym miejscem styku z tym utworem. Teraz może trochę żałuję, że tak się stało i nie sięgnęłam najpierw po opowiadanie, ale tak było i tego nie zmienię. Opiszę więc dzisiaj moje wrażenia ze sztuki porównując ją z kultowym filmem z 1961 roku, który obejrzałam już po wizycie w Teatrze Narodowym.

O czym jest "Matka Joanna od Aniołów"? Matka Joanna od Aniołów Teatr Narodowy recenzja
„Matka Joanna od Aniołów” to gęsty dramat psychologiczny osadzony w realiach XVII-wiecznego, odciętego od świata klasztoru w Ludyni. Spokój zakonu zostaje zburzony przez rzekome opętanie tamtejszych zakonnic, na czele których stoi przeorysza – tytułowa matka Joanna. Gdy dotychczasowe próby odpędzenia złych mocy zawodzą, na miejsce przybywa młody, głęboko wierzący egzorcysta, ojciec Suryn. Jego zadaniem jest ocalenie dusz zakonnic, jednak przekraczając próg klasztoru, sam staje się ofiarą manipulacji, tłumionych żądz i religijnego fanatyzmu. To opowieść o cienkiej granicy między świętością a szaleństwem, w której walka o czystość intencji prowadzi do nieuchronnej tragedii.
Przechodząc już do tego, co wydarzyło się na kameralnej scenie Teatru Narodowego. Zacznijmy od plusów, bo realizatorom nie można odmówić jednego: klimatu. Scena przy Wierzbowej, choć niewielkich rozmiarów, potrafi zaskoczyć. Byłam autentycznie pod wrażeniem, jak wielka płaszczyzna sceny porusza się tam w górę i w dół. Ruchoma konstrukcja daje ogromne możliwości aranżacyjne i dodaje dynamizmu w ruchu scenicznym. Małe sceny mają też to do siebie, że budują bliskość z aktorami - dosłownie czuć ich oddech, słychać przyspieszone bicie serca. Jesteśmy bardzo blisko centrum wydarzeń, więc łatwiej nam wejść dzięki temu do tego świata.
Mimo to, sam mroczny klimat to za mało. Ciężkie to było baaaardzo i takie zdanie też szybko sobie zanotowałam wychodząc z teatru. Może podświadomie liczyłam na nieco bardziej widowiskowe, niemal filmowe egzorcyzmy? Jakieś podwieszenie pod sufit, spektakularne efekty? Moja wyobraźnia przed spektaklem szalała. Może to mój błąd. Może, może, może... Całość ostatecznie tonie w przytłaczającej atmosferze, która oczywiście buduje napięcie, ale nie rozładowuje go wystarczająco, żebym mogła powiedzieć, że wbiło mnie w fotel. Mówiąc krótko - mam trochę problem z tym spektaklem. A dlaczego? O tym za moment.

źródło: mat. Teatru Narodowego, fot. Magda Hueckel
Małgorzata Kożuchowska - teraz kilka słów o tej aktorce, bo zapewne nie brakuje takich widzów, którzy właśnie dla Kożuchowskiej tę sztukę wybierają. Gdybym miała napisać krótko, to pewnie wystarczyłoby następujące zdanie. Małgorzata Kożuchowska pasuje idealnie do tytułowej roli Matki Joanny. Rozwijając to jednak nieco bardziej; widać u niej ogromne podobieństwo fizyczne do kreacji niesamowitej Lucyny Winnickiej ze słynnego filmu Jerzego Kawalerowicza z 1961 roku.
Trzeba docenić tytaniczną pracę fizyczną, jaką Kożuchowska wykonuje na scenie. Jej bohaterka raz po raz upada, podnosi się, a w pewnym momencie nawet niezwykle energicznie wymachuje siekierą. Gdyby nie zabezpieczenie na jej ręce to na pewno bym się bała o swoje życie. Dużo się na scenie z udziałem Matki Joanny dzieje i jest to rola na pewno wymagająca emocjonalnie, ale też fizycznie.

źródło: mat. Teatru Narodowego, fot. Magda Hueckel
Drugą aktorską perełką, dla której tłumnie do Narodowego przybywają widzowie jest Edyta Olszówka. W roli Małgorzaty zaprezentowała cały przekrój i gamę skrajnych emocji. Obejrzenie jej w tylu różnych odsłonach w ramach jednej postaci to była czysta przyjemność. Choć może słowo "przyjemność" niekoniecznie do tego spektaklu pasuje. Ale na pewno rola Olszówki jest jedną z tych wyróżniających się.
Niestety, miałam spory problem z postacią ojca Suryna (Karol Pocheć). Od początku spektaklu aktor pozostawał dla mnie trochę obok tej historii. Zabrakło mi w nim więcej lęku, wycofania, zadumy, które tak bardzo charakteryzują tę opowieść. Nie kupił mnie tą rolą i nie bardzo wiedziałam dlaczego się tak stało. Nie wiedziałam, dopóki nie obejrzałam ekranizacji z 1961 roku. I wówczas wszystko stało się jasne.

źródło: mat. Teatru Narodowego, fot. Magda Hueckel
Teatr vs film (1961): Gdzie podziała się tajemnica?
Jak już wspomniałam na początku, do teatru poszłam z naklejoną na czoło karteczką "Widz nieprzygotowany. Nie podchodzić". Wizyta w teatrze skłoniła mnie do tego, by po powrocie do domu obejrzeć kultowy, wszystkim znany (tylko nie mi) film z 1961 roku o tym samym tytule. I to zestawienie okazało się dla mnie niezwykle odkrywcze, a dla spektaklu jednak bezlitosne.
Kinowa wersja nie jest po prostu mroczna. Ona jest tajemnicza, zastanawiająca, emocjonująca. W filmie Suryn jest zagubiony i zamyślony, a Lucyna Winnicka jako Joanna ma w sobie coś ma-gne-ty-czne-go. Ta iskra w oku, demoniczny blask, specyficzny uśmiech. Ja w tych emocjach przepadłam i autentycznie zaczęłam wierzyć w jej opętanie. W filmie zachwyciło mnie też wykonanie piosenki, która pojawia się około trzydziestej drugiej minuty. Tam po prostu wszystko gra.

źródło: filmweb / Matka Joanna od Aniołów (1961)
W teatrze tej magii zabrakło. Nie potrafiłam wejść w tę historię i uwierzyć bohaterom. Myślę, że też nie do końca zrozumiałam wszystko, co wydarzyło się na scenie. Nie złapałam pewnie wielu niuansów. Już sama historia napisana przez Iwaszkiewicza nie jest dla mnie czymś prostym i oczywistym. To taki tekst, który pewnie analizuje się całymi tygodniami, miesiącami, latami. Mogłam czegoś nie wyłapać, czegoś nie zrozumieć. Jako KulturoNIEznawczyni daje sobię jednak do tego prawo. I daje sobie też prawo do powrotu zarówno do tego opowiadania, spektaklu w Teatrze Narodowym, filmu, jak i innych ekranizacji.
Podsumowując: Sztuka "Matka Joanna od Aniołów" w Teatrze Narodowym po prostu mnie nie chwyciła za serce ani nie ścisnęła za gardło. Zamiast fascynacji i ciarek, ze Sceny przy Wierzbowej wyszłam zmęczona. Film zdecydowanie bardziej do mnie przemówił - był emocjonujący, wielowymiarowy i zostawił po sobie ślad, którego w wersji teatralnej na próżno szukałam.
Wam jak zawsze polecam wybranie się do teatru i ocenienie sztuki samodzielnie. Moje perełki teatralne nie muszą być Waszymi i działa to również na odwrót!
KulturoNIEznawczyni
Podoba Ci się moja twórczość?
Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!
tagi: Matka Joanna od Aniołów Teatr Narodowy recenzja, recenzje, opinia, opinie, czy warto, relacja, streszczenie, o czym jest, krytyk teatralny, na co do teatru warszawa, sztuki teatralne warszawa, kulturonieznawczyni, kulturoznawczyni, recenzje spektakli teatralnych warszawa



!["Maria Stuart" - Teatr Narodowy wybitnie aktorsko kipi z emocji [recenzja]](https://static.wixstatic.com/media/f75ff7_9e499f0ca6134445a5686020c5773cef~mv2.jpg/v1/fill/w_980,h_1471,al_c,q_85,usm_0.66_1.00_0.01,enc_avif,quality_auto/f75ff7_9e499f0ca6134445a5686020c5773cef~mv2.jpg)
Komentarze