top of page

„Dziady” w Teatrze Narodowym | Dlaczego tak bardzo chcemy poprawiać Mickiewicza? [recenzja]

  • 15 godzin temu
  • 4 minut(y) czytania

Od razu powiem to głośno i wyraźnie: jeśli mowa o klasyce literatury to jestem tradycjonalistką i romantyczką. Idąc na „Dziady” do Teatru Narodowego, miałam ogromne oczekiwania. Liczyłam na spektakl, który odda wierność tekstowi mojego ulubionego wieszcza, z całą jego wrażliwością, romantyzmem i unikalnym klimatem. Przecież Mickiewicz napisał coś fenomenalnego - arcydzieło, któremu w mojej opinii absolutnie niczego nie brakuje. Po co więc na siłę wszyscy starają się go ubarwiać, zmieniać i wymyślać na nowo? Przedstawienie w reżyserii Eimuntasa Nekrošiusa odeszło od klasyki tak daleko, że po romantycznym klimacie nie został nawet ślad. Zamiast zachwytu, poczułam zawód.


Zacznę specyficznie, bo od plakatu. A zobaczyłam go dopiero po obejrzeniu spektaklu. Kilka dni później, gdy zasiadłam do pisania tej recenzji. Więc od razu mówię, że plakat w żaden sposób mnie nie nastawił do pozytywnego lub negatywnego odbioru tej sztuki. Jednak gdybym zobaczyła ten plakat przed wybraniem się do Teatru Narodowego, to zapewne już dałoby mi to sporo do myślenia. Nie jest to plakat w klimacie mroku, romantyzmu, wywoływania duchów. Zupełnie nie oddaje klimatu, który w utworze Mickiewicza tak bardzo polubiłam.


Sam plakat jest ładny, ale nie zapowiada tego, co chciałabym na scenie zobaczyć. Ale może poprawnie, bo chciałam zobaczyć jednak coś innego, niż to co finalnie zobaczyłam. Ughhh, grrrrr, ale krytyczka się we mnie odezwała!


„Dziady” w Teatrze Narodowym plakat


Czy to dziady na Księżycu?

Zacznijmy od tego, co widzimy na scenie. Scenografia (autorstwa Mariusa Nekrošiusa) od początku wprawiła mnie nieco w zakłopotanie. Szara posadzka pokryta dziurami różnej wielkości, przypominająca kratery po meteorytach na Księżycu. I w zasadzie to tyle. Brakowało mi zróżnicowania światłem, efektami czy jakąkolwiek zmianą przestrzeni w trakcie trwania całego przedstawienia. Mamy tu trzy części "Dziadów", a wciąż tę samą scenografię. Chyba nie muszę przypominać, jak różne są te części i jak różny klimat moglibyśmy osiągnąć, gdyby scena została zróżnicowana.


W pierwszym akcie (obejmującym II i IV część „Dziadów”) ta monotonia uderzała najbardziej. Kiedy mamy etap wywoływania duchów w kaplicy czy chatkę księdza, aż prosi się o mrok, punktowe światła, budowanie intymności i grozy. Scenografia powinna żyć, zmieniać się wraz z ciężarem tekstu. Tutaj wszystko działo się na tej samej szarej płycie, przez co nie czułam absolutnie żadnego klimatu obrzędu. Mamy bohaterów przeskakujących przez dziury, a nie mamy przeskakujących emocji i drgań na ciele widza. Brakło w "Dziadach" dziadów.


„Dziady” Teatr Narodowy kadr ze sztuki

źródło: mat. Teatru Narodowego


Klimat? Zagrajmy w golfa

Miałam nieodparte wrażenie, że reżyser potraktował II i IV część „Dziadów” nieco po macoszemu. Zrobił je, by mieć formalną całość, ale jego głównym założeniem było przejście do części III, która zajmuje cały drugi akt. Sęk w tym, że owa trzecia część również mnie nie poruszyła.


Spektakl cierpi na brak wypunktowanych, spektakularnych momentów. Najlepszy przykład? Przemiana Gustawa w Konrada. Scena przeszła niemal bez echa. Zamiast uderzenia pioruna, dramatyzmu i ikonicznego napisania węglem na ścianie daty śmierci Gustawa i narodzin Konrada, usłyszeliśmy po prostu informację z ust aniołków. Zabrakło mi tego teatralnego „wow”. Podobnie płasko wypadły sceny, które miały dotknąć do cna - jak rozpaczliwe błagania pani Rollison o uwolnienie syna czy rozmowy współwięźniów. Przeszły bez większych emocji. Nie rozumiem też tej sceny z grą w golfa. Ogólnie rzecz mówiąc, były sceny, których emocjonalność i siła przekazu rozmyła się przez wprowadzenie innych elementów, ruchu bohaterów, które zamiast podbić te emocje to je rozproszyły.


Niektóre sceny w III części były też po prostu za długie, co sprawiało, że całość momentami traciła rytm.


„Dziady” Teatr Narodowy kadr ze sztuki

źródło: mat. Teatru Narodowego


Aktorskie światełka w tunelu

Choć wizja reżyserska całkowicie do mnie nie trafiła, muszę oddać hołd aktorom, bo to oni ciągnęli ten spektakl w górę.


Grzegorz Małecki jako Gustaw-Konrad jest świetny. To niezwykle ambitna, potężna rola, którą udźwignął bez cienia wątpliwości. Brawa za monologi! Od początku biła od niego niesamowita aura. Bardzo podobały mi się też jego kostiumy (autorstwa Nadeždy Gultiajevej) – piękny płaszcz i, wydawałoby się, zwyczajna koszula leżały na nim tak, że nie dało się oderwać wzroku. To on jako postać podobał mi się najbardziej. Chyba słusznie, bo to przecież najważniejsza postać tej sztuki. Mam zastrzeżenia do scen z udziałem Małeckiego, ale doceniam go bardzo jako aktora i do jego umiejętności zastrzeżeń nie mam żadnych. Wszedł w postać narysowaną przez reżysera.


„Dziady” Teatr Narodowy kadr ze sztuki

źródło: mat. Teatru Narodowego


Kolejny ogromny plus za aktorstwo wędruje do Mateusza Rusina (Ksiądz Piotr). Jego monolog o Polsce (Chrystusie narodów) był najmocniejszą aktorsko sceną całego przedstawienia. Jednak muszę oddzielić warsztat aktorski od koncepcji. W trakcie tego monologu Ksiądz Piotr zakłada na nogi czerwone rajstopy, by z białą górą stworzyć żywą flagę Polski.


Aktorsko Rusin zagrał to koncertowo - dykcja, wyraz twarzy, emocje, ale sama koncepcja i wygląd tej sceny mocno zgrzytały z tym, jak wyobrażałam to sobie po czytaniu tekstu Mickiewicza.


„Dziady” Teatr Narodowy kadr ze sztuki

źródło: mat. Teatru Narodowego


Mam za to spory niedosyt związany z Wiktorią Gorodecką (Maryla). Czytałam w opisach przed spektaklem, że wizja reżysera zakładała uczynienie z Maryli postaci łączącej wszystkie części. Liczyłam, że będzie jej na scenie znacznie więcej. W ostatecznym rozrachunku jej rola była niewielka, a postać niewykorzystana. Wielka szkoda, bo to wyśmienita aktorka (wciąż mam w pamięci jej genialną kreację w „Marii Stuart”) i mogła dać temu przedstawieniu o wiele więcej.


Jeśli chcecie zobaczyć popis aktorski Gorodeckiej to zdecydowanie polecam wybranie się na "Marię Stuart", a nie na "Dziady". Jeśli chcecie emocji to... też wybierzcie "Marię Stuart". Jeśli natomiast oglądaliście już ten spektakl i zastanawiacie się, czy iść na "Dziady" to mówię prosto i konkretnie - idźcie. Każde wyjście do teatru da Wam znacznie więcej niż tylko przeczytanie mojej recenzji. Przeżyjcie to na własnej skórze i dopiero oceńcie, czy Wam ten spektakl leży czy niekoniecznie.


„Dziady” Teatr Narodowy kadr ze sztuki

źródło: mat. Teatru Narodowego


Podsumowanie Dziady Teatr Narodowy recenzja

Całościowo sztukę oceniam znacznie poniżej moich oczekiwań. Oczywiście, warsztat aktorski Małeckiego czy Rusina to najwyższa półka, ale przedstawienie jako całość jest całkowicie pozbawione klimatu „Dziadów” i polskiej obyczajowości. To mój największy ból.


Marzy mi się, żeby ktoś kiedyś przyszedł, przeczytał "Dziady" jeszcze raz i przeniósł je na deski teatru dokładnie tak, jak myślał o nich autor. Bez na siłę twórczego podejścia, bez udziwnień i współczesnych „ulepszaczy”. Mickiewicz naprawdę obroni się sam.


Z dużym szacunkiem do Mickiewicza podeszli w Białymstoku na "Nocy dziadów". Tam bezsprzecznie klimat był. To nie był jednak klasyczny spektakl lecz widowisko muzyczno-artystyczne. Na pewno jest jednak ono warte polecenia, jeśli szukacie klimatu tego utworu.


Dajcie znać, jakie są Wasze wrażenia po wizycie w Teatrze Narodowym na "Dziadach" i jaki spektakl tego teatru najbardziej polecacie!


KulturoNIEznawczyni


Podoba Ci się moja twórczość?

Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!

postaw kawę - baner

tagi: Dziady Teatr Narodowy recenzja, opinia, opis, ocena, opinie, oceny, czy warto, o co chodzi, streszczenie, klasyka, dramat, recenzje, sztuka, spektakl, kulturonieznawczyni, kulturoznawczyni, krytyk teatralny, krytyk literacki, warszawa

Komentarze


bottom of page