top of page

„Czarodziejski Flet” - Opera Narodowa – bajka, kreskówka czy kino nieme? [recenzja]

Wchodząc do Opery Narodowej i widząc plakat promujący „Czarodziejski Flet” w inscenizacji Barrie Kosky’ego, wiedziałam jedno: to nie będzie „klasyk” z ciężkimi aksamitami i tekturowymi drzewami. To estetyka, która krzyczy „będzie inaczej”. Kiedy kurtyna poszła w górę, a moim oczom zamiast scenografii ukazał się wielki, biały ekran, zrozumiałam, że czeka mnie pewnego rodzaju eksperyment. Czy udany? I tak, i nie. Jeśli szukacie opery, która wywraca stolik – to zdecydowanie ten klimat. Jeśli szukacie wzruszeń i klasyki – tu sprawa jest bardziej skomplikowana.


Zacznę od tego, że jako kulturonieznawczyni szłam do Opery Narodowej nieprzygotowana. Przeczytałam jedynie treść libretta, żeby w razie czego nie pogubić się w akcji, ale o reżyserze i jego podejściu do tej opery nie wiedziałam nic. A trochę szkoda, bo pewnie inaczej spojrzałabym na to, co zostało zaprezentowane na scenie. Jeśli mam jeszcze czegoś żałować to w idealnym życiu wolałabym obejrzeć jakąś standardową wersję "Czarodziejskiego Fletu", a dopiero później móc porównać ją z taką bardziej hmm... awangardową. Życie jednak to nie bajka, ale "Czarodziejski Flet" prezentowany przez Kosky'ego już prawie nią jest.


„Czarodziejski Flet” - Opera Narodowa plakat

Streszczenie: "Czarodziejski Flet" - opera Mozarta

Fabuła „Czarodziejskiego Fletu” jest… no cóż, baśniowo pokręcona. Warto przeczytać opis przed spektaklem, bo przez te wszystkie animacje łatwo zgubić wątek. Niekoniecznie polecam opis podany na stronie Opery Narodowej, bo wyjątkowo zostało to tam jakoś dodatkowo pogmatwane. Jeśli macie raptem chwilę, żeby zapoznać się ze streszczeniem to polecam moją bardzo krótką wersję.


Akt I:

Wszystko zaczyna się od biegu. Książę Tamino ucieka przed wielkim wężem (w tej inscenizacji – smokiem/potworem). Ratują go Trzy Damy, służące Królowej Nocy (pająka). Tamino spotyka Papagena – zabawnego ptasznika (łowcę ptaków), który szuka żony, ale póki co zajmuje się głównie kłamaniem, że to on pokonał potwora. Na scenę wkracza Królowa Nocy. Pokazuje Tamino zdjęcie swojej córki, Paminy, która została porwana przez „złego” Sarastra. Tamino zakochuje się od pierwszego wejrzenia (tak, wystarcza w tym przypadku samo zdjęcie) i rusza ukochanej na ratunek. Dostaje tytułowy Czarodziejski Flet (który ma chronić przed złem), a Papageno – magiczne dzwonki. Panowie docierają do świątyni Sarastra, ale okazuje się, że… Sarastro wcale nie jest taki zły, a Królowa Nocy nie jest taką dobrą matką, na jaką się kreuje.


Akt II:

Tamino i Papageno muszą przejść serię prób, by wstąpić do bractwa mądrości Sarastra. Najtrudniejszą jest próba milczenia. Tamino nie może odezwać się do ukochanej Paminy, co ona odbiera jako odrzucenie i wpada w rozpacz (prawie popełnia samobójstwo). W międzyczasie Królowa Nocy próbuje namówić córkę do zabicia Sarastra (słynna aria). Ostatecznie Tamino i Pamina przechodzą wspólnie przez wszystkie próby (również dzięki muzyce fletu). Papageno, po chwili załamania, wreszcie znajduje swoją Papagenę. Zło (Królowa Nocy) zostaje pokonane, a chór śpiewa o triumfie światła, mądrości, dobra i piękna.


„Czarodziejski Flet” - Opera Narodowa kadr ze sztuki

źródło: mat. Opery Narodowej


O reżyserze, który nie lubił „Czarodziejskiego fletu”

Ciekawostką jest fakt, że Barrie Kosky, twórca tej inscenizacji, wcale nie pałał miłością do „Czarodziejskiego fletu”. Jako dziesięciolatek, zabrany do opery przez babcię, wynudził się na nim niemiłosiernie, uznając dzieło Mozarta za dziwaczne i niespójne. Można powiedzieć, że trauma z dzieciństwa była na tyle silna, że jako dorosły reżyser trzykrotnie odrzucał propozycje wystawienia tego tytułu, nazywając go „mogiłą dla każdego reżysera”. Przełom nastąpił dopiero w Berlinie, gdy jako dyrektor Komische Oper postanowił zmierzyć się z tym „potworem”, ale na własnych warunkach – szukając klucza, który otworzyłby tę historię na nowo.


Znalazł go, łącząc siły z brytyjską grupą „1927”, specjalizującą się w animacji i performance, która... o operze nie miała zielonego pojęcia. I to właśnie ten brak sztampowego podejścia okazał się strzałem w dziesiątkę. Kosky uznał, że absurdalnego i pogmatwanego libretta nie da się uratować logiką, więc poszedł w czysty surrealizm. Zainspirowani kinem niemym, stworzyli świat, w którym Papageno przypomina Bustera Keatona, a dialogi zastąpiono planszami z napisami przy akompaniamencie fortepianu. Podejście to, choć na pewno kontrowersyjne dla purystów, pozwoliło stworzyć spektakl, który stał się hitem na trzech kontynentach.


Nieme kino i wielki pająk

Reżyser zabiera nas w podróż, która jest miksem kina niemego lat 20., slapstickowej komedii i psychodelicznej kreskówki. Zamiast śpiewanych dialogów mamy… napisy na ekranie, jak w starym kinie i to wszystko przy akompaniamencie fortepianu. Śpiewacy momentami milczą, a ich myśli wyświetlają się nad głowami. To odważne, bo w końcu do opery idziemy głównie po to, by słuchać głosów.


Wizualnie? Jest to wszystko szalone. Królowa Nocy to gigantyczny pająk (i tak, zdecydowanie robi to wrażenie), Monostatos przypomina Nosferatu, a kilka innych postaci na pewno też swoje nawiązania miały. Ale wiecie, ja wciąż się na tym nie znam.


„Czarodziejski Flet” - Opera Narodowa kadr ze sztuki

źródło: mat. Opery Narodowej


To trzeba docenić! Perfekcja w każdym calu

Muszę oddać twórcom jedno: techniczna precyzja tego spektaklu to mistrzostwo świata. Soliści musieli zgrać się z animacjami co do ułamka sekundy. Każdy ruch ręki, każde stąpnięcie musiało idealnie trafiać w to, co wyświetlało się na ekranie. To kawał tytanicznej pracy, którą doceniam z całego serca. Nie było tu miejsca na najmniejszy błąd i pod tym względem chylę czoła.


Muzycznie? Mozart to Mozart. Uwertura na wstępie była przepiękna – chyba najlepsza melodia całego wieczoru, więc szkoda, że tak krótko to trwało. No i oczywiście słynna aria Królowej Nocy z tymi znanymi na całym świecie dźwiękami („o o o o o ooooo...”), na którą wszyscy czekają. Tu nie było rozczarowania. Głosowo najbardziej podobała mi się właśnie Królowa Nocy.


Wizualnie te obrazy: pomysł, komizm, zabawa formą to jakiś kosmos. Nie mogę powiedzieć, że to moja bajka, bo niekoniecznie takie formy do mnie przemawiają, ale serio, ja to baaardzo doceniam. I zaczęłam doceniać to szczególnie mocno, gdy właśnie nieco więcej poczytałam o tej wizji twórców i ich obawie przed tą operą Mozarta.


Pomysłowość i kreatywność to cechy, które uwielbiam u artystów. Dodatkowo byli w tym wszystkim bardzo spójni. To nie był fragment na zasadzie - chwilę zrobimy tak, że wykorzystamy ekran, a potem damy normalną scenografię. To jest pełna, przemyślana, bardzo odważna koncepcja, w którą weszli w pełni. Tu wszystko jest przemyślane - to się czuje. Są różnorodne nawiązania do konkretnych motywów, czasów, miejsc, bohaterów. Żeby to wszystko dobrze zrozumieć pewnie musiałabym obejrzeć tę sztukę z pięć razy i przede wszystkim zagłębić się w wizję Barrie Kosky'ego jeszcze bardziej. Bardzo szanuję twórców za odwagę i realizację.


„Czarodziejski Flet” - Opera Narodowa kadr ze sztuki

źródło: mat. Opery Narodowej


Czego mi zabrakło? Czarodziejski Flet Opera Narodowa recenzja

Przyznaję to szczerze i powtórzę raz jeszcze: ta estetyka to nie do końca „moja bajka”. Owszem, lubię ciekawe rozwiązania i jestem za próbowaniem nowego, ale w tym multimedialnym szaleństwie zgubiły się u mnie… emocje. A przynajmniej te, których oczekiwałam.


Czułam się, jakbym stała obok tej historii, a nie w niej uczestniczyła. Szybkie przeskoki scen, animacje i ciągłe bodźce wzrokowe sprawiły, że trudno było mi polubić bohaterów czy wczuć się w ich przygody, historie, rozterki. To była piękna wizualnie opowieść – efektowna, ale pozbawiona głębi emocjonalnej. Druga część wręcz mnie nieco zmęczyła. Wątek Papagena i Papageny wydał mi się „zapychaczem” wciśniętym na siłę – nie widziałam tam budowania relacji, przez co finał ich historii był mi zupełnie obojętny.


Dla kogo jest ta sztuka?

To jest w moim odczuciu kluczowe pytanie, które warto sobie zadać. Jeśli idziesz do opery pierwszy lub drugi raz i chcesz poznać operowy świat, to myślę, że lepiej postawić na coś bardziej klasycznego („Carmen”, "Madame Butterfly"), żeby poczuć magię tradycyjnego teatru. Tutaj forma może Cię przytłoczyć, a brak tradycyjnej scenografii rozczarować.


Jeśli bywasz w operze częściej niż przeciętny Kowalski i byłeś w takim miejscu 5-10-20 razy to bardzo możliwe, że szukasz czegoś nowego. To będzie powiew świeżości, coś zupełnie innego, co pozwoli Ci spojrzeć na ten gatunek z nowej perspektywy. Dla mnie było to ciekawe doświadczenie, ale czuję, że mam teraz ogromną ochotę zobaczyć „Czarodziejski Flet” w wersji klasycznej, by mieć porównanie.


Jak zawsze zachęcam do podzielenia się swoimi przemyśleniami w komentarzu. Szczególnie, jeśli są zupełnie inne od moich!


KulturoNIEznawczyni


Podoba Ci się moja twórczość?

Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!

postaw kawę - baner

tagi: Czarodziejski Flet Opera Narodowa recenzja, opera, opera narodowa, sztuki w operze narodowej, na co do opery, spektakle Warszawa, krytyk teatralny, krytyk literacki, strona o operze, strona o teatrze

2 komentarze


Reżyseria Barriego Kosky’ego okazała się absolutnym majstersztykiem. Jeśli ktoś wie, jak wygląda kino nieme – ekspresja, przerysowane gesty, czarno-biała estetyka, rytm podporządkowany obrazowi – to dokładnie tym była ta inscenizacja. Teatr, opera i film spotkały się tu w jednym punkcie. Obraz prowadził narrację równie mocno jak muzyka, a momentami nawet ją dominował. Było to widowisko dopracowane wizualnie, inteligentne, zaskakujące i niezwykle konsekwentne.

Natomiast śpiew niekoniecznie. Pozdrawiam.

Polub
Kulturonieznawczyni
Kulturonieznawczyni
15 godzin temu
Odpowiada osobie:

Dziękuję bardzo za komentarz! Właśnie w tym rzecz, że ten śpiew w operze stał się drugoplanowy, a to dość dziwne zjawisko jak na operę ;)

Polub
bottom of page