"Dzień listopadowy” w Teatrze Telewizji. Czy to jeszcze teatr, czy już film? [recenzja]
- KulturoNIEznawczyni

- 2 dni temu
- 4 minut(y) czytania
W ubiegły poniedziałek miałam okazję uczestniczyć w przedpremierowym pokazie spektaklu Teatru Telewizji „Dzień listopadowy” w reżyserii Jana Kidawy-Błońskiego. I muszę Wam wyznać, że wyszłam z niego z głową pełną pytań i przemyśleń. Nie tylko o relacji matka-syn, które są osią tej historii, ale o samą formę tego, co oglądałam. To kolejne moje kulturalne przeżycie, które sprawia, że przystaję na chwilę, zatrzymuję się i zaczynam rozmyślać. Dzisiaj więc zastanowimy się wspólnie nad tym, czym właściwie jest Teatr Telewizji, do kogo kieruje swoje produkcje oraz czym może nas zaskoczyć. Zaczynamy!
Powiedzmy sobie szczerze: kiedy w poniedziałkowy wieczór przełączasz kanał w telewizorze, widzisz czworo aktorów, zmieniające się kadry, plenery nad jeziorem i brak żywej publiczności, to w głowie masz prostą myśl - oglądam właśnie jakiś film. No właśnie, więc gdzie w tym wszystkim teatr?

Teatr bez sceny? Dzień listopadowy Teatr Telewizji recenzja
Moje rozumienie teatru jest dość tradycyjne. Jestem prostym człowiekiem, więc dla mnie za słowem "teatr" kryją się deski, kurtyna, „tu i teraz”, niepowtarzalność chwili, emocje aktorów przechodzące ze sceny na widzów. Tutaj dostałam coś innego: zmontowane ujęcia, różne lokalizacje, zbliżenia kamery. Czułam pewien zgrzyt. To co też mnie zastanowiło. to właśnie słowa Ewy Wiśniewskiej (wcielającej się w matkę). Podczas rozmowy po pokazie prasowym przyznała, że była zaskoczona tym, jak wyszła w produkcji. W klasycznym teatrze aktor wie to od razu, czuje reakcję widowni na bieżąco, doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak wypadł w poszczególnych scenach. Tutaj – efekt końcowy jest dziełem montażu, a przedpremierowy odbiór aktorzy widzą z tej drugiej strony - wygodnie zasiadając w fotelach.
Ale (tak, tu wchodzi to słynne „ale”) jest w tym wszystkim jednak jakaś teatralna myśl, którą zauważyłam. Mimo pewnego filmowego wyglądu, ten spektakl oddycha tekstem. To słowo, pauza i intymna gra aktorska są tu najważniejsze, a nie efektowne ujęcia czy dynamiczna akcja. Kamera nie opowiada historii za nas, ona tylko (i aż) podgląda bohaterów w ich najtrudniejszych momentach. To teatr intymny, zamknięty w kadrze.

źródło: TVP
Czym tak właściwie jest Teatr Telewizji?
Jeśli, tak jak ja, macie w głowie mały mętlik i zastanawiacie się: „Zaraz, przecież to są ujęcia, montaż i plener – to dlaczego nie nazywamy tego po prostu filmem?”, to wiedzcie, że Wasze zdziwienie jest jak najbardziej trafne. Teatr Telewizji to w Polsce ewenement – specyficzna forma, która stoi w rozkroku między sceną a kinem. Ten rozkrok więc jest tu bardzo zauważalny i kwestia tego, czy bardziej reżyser w danej produkcji opiera ciężar ciała na jednej czy drugiej nodze.
Kluczowa różnica tkwi w logice. W filmie rządzi obraz, szybki montaż i akcja. Tutaj królem jest tekst. Oglądając "Dzień listopadowy" warto zauważyć, że kamera nie próbuje nam opowiadać historii efektownymi najazdami czy trikami. Ona jest obecna tam tylko w pewnym stopniu. Można powiedzieć, że jest trochę świadkiem wydarzeń. Rejestruje aktorów, którzy grają długie sekwencje, skupiając się na słowie, pauzie i emocji, a nie na tym, żeby „dobrze wyglądać w kadrze”. To dlatego, mimo jeziora w tle i braku kurtyny, wciąż mówimy o spektaklu. To teatr intymny, w którym aktorzy nie grają do kamery, ale przed kamerą, a my dostajemy luksus oglądania ich warsztatu z bliska, jakbyśmy siedzieli w pierwszym rzędzie, którego fizycznie tam nie ma.
Trochę sama się przekonuję do takiego nazewnictwa, ale to też dla mnie dodatkowy bodziec, by regularnie śledzić nowe spektakle Teatru Telewizji. A muszę przyznać, że dawno tego nie czyniłam. Teatr Telewizji w mojej głowie zatrzymał się na produkcjach z lat 60., które dawno temu widziałam. Była tam wówczas spójność miejsca i faktycznie czuć było bardziej nagrywanie spektaklu, który był pokazywany gdzieś na żywo niż taka forma filmowo-teatralna.

źródło: TVP
O czym jest „Dzień listopadowy”?
Przenosimy się na prowincję, do gospodarstwa agroturystycznego prowadzonego przez Karola (Olaf Lubaszenko). To miejsce z dala od zgiełku, nad urokliwym jeziorem, które aż prosi się o wyciszenie. Ale spokój jest tu tylko pozorny.
Karol kończy 50 lat. Jest zgorzkniały, wycofany, po zawodowych i życiowych porażkach. I właśnie w ten dzień, po czterech latach milczenia, w jego progu staje matka (Ewa Wiśniewska) – wielka aktorka, która całe życie grała rolę gwiazdy, zapominając o roli matki. Jej wizyta otwiera stare rany i staje się pretekstem do bolesnych rozliczeń. W tle rozgrywa się dramat młodszych bohaterów: Hanki (Julia Kijowska) i Kazika (Bartosz Gelner). Ona jest rozdarta między przywiązaniem do Karola a miłością do Kazika i pragnieniem ucieczki z tej dusznej atmosfery niespełnienia. To kameralny dramat psychologiczny, w którym cisza krzyczy głośniej niż słowa. a zdania niewypowiedziane stają na równi z tymi, które docierają do naszych uszu.

źródło: TVP
Żartowniś Olaf i anegdoty o radiu
Zajęłam się całą otoczką - o tym czym jest teatr, a czym film, a jeszcze nawet nie wspomniałam o moich wrażeniach z tego spektaklu. Aktorsko jest świetnie. Olaf Lubaszenko skradł show nie tylko na ekranie, ale i podczas rozmowy po spektaklu. Na telewizyjnej scenie wypada bardzo przekonująco. Jego aura jest trudna, ciężka; wypełnia swoją energią całą przestrzeń i robi się przez to bardzo duszno. W spektaklu tworzy postać głęboką, pełną tłumionego żalu. Jego relacja z matką, graną przez posągową Ewę Wiśniewską, iskrzy od wypowiedzianych i niewypowiedzianych pretensji.
Reżyser, Jan Kidawa-Błoński, słusznie zauważył, że choć zmieniają się czasy, dekoracje i polityka, to ludzkie problemy pozostają te same. Toksyczne relacje rodzinne, samotność, niespełnienie – to tematy, które niestety nie starzeją się ani o dzień. W dramacie Jarosława Iwaszkiewicza z 1959 roku wiąż więc można odnaleźć niestarzejące się prawdy o nas samych, naszych bolączkach i trudnych relacjach.
Podczas rozmowy z twórcami - po pokazie prasowym - to wspomniany już wcześniej Olaf Lubaszenko wiódł prym i rzucał co chwilę dowcipami. Okazał się naturalnym żartownisiem, sypiącym anegdotami (historia o łowieniu radia z jeziora to szczere złoto). Widać, że ma ten dar przykuwania uwagi, który sprawia, że chce się go słuchać.

fot. materiały własne
Czy warto włączyć TVP?
Jeśli, tak jak ja, macie w głowie obraz Teatru Telewizji z lat 60. – surowego, nagrywanego w studio – to „Dzień listopadowy” może Was zaskoczyć swoją filmową estetyką. Ale nie zrażajcie się nazwą. Potraktujcie to jako interesujące, dające do myślenia dzieło na pograniczu sztuk. Klimatyczne zdjęcia, solidne aktorstwo i gęsta atmosfera sprawiają, że warto poświęcić tę godzinę i odkryć coś nowego.
Gdzie oglądać?
Premiera już w poniedziałek, 26 stycznia o godz. 20:30 w TVP1 (oraz w serwisie TVP VOD).
Dziękuję za #zaproszenie!
KulturoNIEznawczyni
Podoba Ci się moja twórczość?
Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!
tagi: Dzień listopadowy Teatr Telewizji recenzja, teatr telewizji, co obejrzeć w telewizji, jakie spektakle teatr telewizji, Kidawa Błoński, filmy z Gelnerem, Lubaszenko, Wiśniewska, Kijowska, recenzje teatralne, recenzje sztuk teatralnych, co obejrzeć w teatrze, na co do teatru, kulturoznawczyni, kulturonieznawczyni

!["Maria Stuart" - Teatr Narodowy wybitnie aktorsko kipi z emocji [recenzja]](https://static.wixstatic.com/media/f75ff7_9e499f0ca6134445a5686020c5773cef~mv2.jpg/v1/fill/w_980,h_1471,al_c,q_85,usm_0.66_1.00_0.01,enc_avif,quality_auto/f75ff7_9e499f0ca6134445a5686020c5773cef~mv2.jpg)

!["Na pierwszy rzut oka" Teatr Polonia | Niesamowita Maria Seweryn [recenzja]](https://static.wixstatic.com/media/f75ff7_d6a075f0ad5141ad981f9c8c9dc9766a~mv2.png/v1/fill/w_319,h_456,al_c,q_85,enc_avif,quality_auto/f75ff7_d6a075f0ad5141ad981f9c8c9dc9766a~mv2.png)
Komentarze