top of page

"Wczoraj byłaś zła na zielono" - Teatr Dramatyczny na niebiesko [recenzja]

Jak wiedzą regularni czytelnicy mojej strony, w zdecydowanej większości przypadków staram się odpowiednio przygotować do wizyty w teatrze. Mówiąc o przygotowaniu, nie mam na myśli nałożenia makijażu czy założenia eleganckiego stroju. Za przygotowanie uznaję przeczytanie książki lub obejrzenie filmu (ale na pewno nie czytanie innych recenzji!). Staram się wejść w świat przedstawienia, aby być trochę bliżej historii i dać sobie szansę na lepsze zrozumienie przekazu twórców. W końcu oni na pewno takie przygotowania poczynili. Oczywiste, że zrobili znacznie więcej, ale takie minimum zazwyczaj staram się od siebie dać. No ale tym razem... poszłam nieprzygotowana.


Szczerze powiem: nie polecam chodzenia na sztuki dramatyczne, które są stworzone na podstawie konkretnej, trudnej prozy, bez uprzedniej lektury. No po prostu no nie. Myślę, że przez to tracimy jakieś 70-80% sensu, odwołań i obrazu, który powinniśmy widzieć. Nie znając historii, nie widzimy tych niuansów i docenienie sztuki staje się ekstremalnie trudne. Biję się w pierś i mówię otwarcie, że nie przeczytałam książki Elizy Kąckiej i bardzo możliwe, że przez to ta sztuka mnie zupełnie nie porwała.


"Wczoraj byłaś zła na zielono" - Teatr Dramatyczny plakat

Warto w tym miejscu zaznaczyć, że bywają różne sztuki. Bywają takie, które stają się wręcz oddzielnym bytem. Książka swoje, teatr swoje. Bywają też takie, które idą równo niemalże strona po stronie, rozdział po rozdziale, ale znajomość pierwowzoru nie determinuje odbioru, bo spektakl działa na własnych zasadach. Jest w stanie przenieść na scenę wszystko to, co widz powinien wiedzieć, widzieć i słyszeć. Dzięki temu sztuka jest atrakcyjna zarówno dla osób, które książkę znają, jak i dla tych, którzy postanowili tego nie czynić.


W przypadku „Wczoraj byłaś zła na zielono” w Teatrze Dramatycznym czułam, że brak lektury sprawia, że jestem obok historii, że nie mogę w pełni tej sztuki przeżywać. W tym konkretnym przypadku niewiedza mocno wykluczyła mnie z pozytywnego odbioru. To oczywiście moje subiektywne zdanie, ale wychodząc z teatru, czułam wielki niedosyt, niezrozumienie, a co najgorsze – obojętność. A przy tak ważnym temacie, jakim jest spektrum autyzmu, nie powinnam być obojętna. Powinnam być poruszona, wzruszona, może nawet wstrząśnięta. Ale na pewno nie obojętna.


"Wczoraj byłaś zła na zielono" - Teatr Dramatyczny kadr ze sztuki

źródło: mat. Teatru Dramatycznego


O czym w ogóle jest ta historia?

Zanim przejdę do dalszej części moich narzekań, winna Wam jestem wyjaśnienie, co w ogóle oglądałam. Spektakl Anny Augustynowicz powstał na kanwie głośnej, autobiograficznej powieści Elizy Kąckiej „Wczoraj byłaś zła na zielono”. To osobisty zapis doświadczeń matki wychowującej córkę w spektrum autyzmu – tytułową Rudą.


Książka, która podbiła rynek w 2024 roku, nie jest jednak typowym poradnikiem ani łzawą historią o poświęceniu. To intymne studium relacji dwóch kobiet, dwóch odrębnych światów i dwóch „atypowości”. Eliza, przeglądając się w inności córki, odkrywa własną inność. To opowieść o miłości, odwadze, ale też o presji społecznej i zderzeniu z systemem, który zamiast pomagać, często stawia kolejne bariery. Tyle wiem z opisów na stronie wydawcy. Więcej od siebie dodać nie mogę, bo tej książki, jak już doskonale wiecie, nie przeczytałam. Ale nadrobię - serio.


"Wczoraj byłaś zła na zielono" - Teatr Dramatyczny kadr ze sztuki

źródło: mat. Teatru Dramatycznego


Wina po obu stronach Wczoraj byłaś zła na zielono teatr dramatyczny recenzja

Winę za mój chłodny odbiór biorę w połowie na siebie – tak jak wspomniałam, nie odrobiłam lekcji. Ale drugą połową winy dzielę się z twórcami. Niestety, nie wykreowali na scenie świata, który wbiłby mnie w fotel. Nie pogłaskali mnie po głowie, mówiąc cichutko: „Nic się nie stało, że nie czytałaś. My wszystko Ci opowiemy”. Trochę mi tego zabrakło. Oczywiście twórcy mogą mieć różne podejście do sztuki, ale myślę, że trzeba brać pod uwagę to, aby sztuka była atrakcyjna zarówno dla osób znających powieść, jak i tych, którzy tylko o niej słyszeli. Myślę, że bardzo optymistycznym założeniem byłoby powiedzenie, że na widowni siedziało 50% osób, które książkę przeczytały. Więc wciąż w takiej sytuacji mamy połowę widzów, których w ten świat trzeba odpowiednio wprowadzić i do tej opowieści zaprosić.


Spektakl zaczyna się i kończy klamrą – domowym odpytywaniem Rudej z treści „Wesela” Wyspiańskiego. W tym momencie taki ignorant jak ja (ile razy już przyznałam się do nieprzeczytania prozy) może prychnąć i powiedzieć - Ruda wcale nie jest ruda, a zielonego koloru to na scenie nawet nie było. No ale dobra. Nie będę się tak dramatycznie staczać i już więcej dodatkowo samobiczować. Przestrzeń pomiędzy tymi scenami wypełniają mozaikowo ułożone fragmenty z osiemnastu lat życia Elizy (Anna Moskal) i jej córki (Marianna Linde). Mamy tu codzienną rutynę, wizyty u lekarzy, pierwsze słowa. I nie, nie było to słowo "mama". Wszystko to jednak podane jest w formie, która mnie osobiście zmęczyła.


Głosy, lustra, dobre rady

Początek jest obiecujący – słyszymy kakofonię głosów, przekrzykiwanie się „dobrych rad”. To ten moment, który zna zapewne każdy rodzic (nie tylko dziecka w spektrum): „Ty znasz swoje dziecko, ale to ja znam się na dzieciach!”, „Powinnaś zrobić tak...”, „Ja na twoim miejscu...”. Ten chór specjalistów, który zamiast wspierać, irytuje, został oddany świetnie. Po tak obiecującym wprowadzeniu miałam wielkie nadzieje na kolejne, emocjonujące sceny.


Niestety, później nie wychodzimy z tej jednej estetyki. Przez 80 minut dostajemy ciąg monologów i pół-dialogów. Akcja jest momentami chaotyczna, pozbawiona chronologii i jakiegoś celu. Miałam wrażenie, że do niczego nie zmierzamy. Bohaterowie, choć jest ich czworo plus skrzypaczka, grają obok siebie. Zabrakło mi pewnej interakcji między nimi.


Kiedy przez prawie półtorej godziny wszystko utrzymane jest w tym samym tonie, po prostu trudno utrzymać skupienie i odkrywać coś nowego. Czułam znużenie i pustkę, zamiast głębokich przemyśleń, na które liczyłam.


"Wczoraj byłaś zła na zielono" - Teatr Dramatyczny kadr ze sztuki

źródło: mat. Teatru Dramatycznego


Żeby nie było, że obudził się we mnie smurf Maruda – muszę oddać sprawiedliwość Annie Moskal. Jej dykcja, operowanie głosem i warsztat aktorski są na najwyższym poziomie. To ona ciągnie ten spektakl i dla niej warto chociaż przez chwilę skupić wzrok na scenie. Jest zdecydowanie najbardziej wyrazistą postacią na scenie i wiedzie prym w każdym momencie przedstawienia. Mimo że doceniam grę aktorską i zaangażowanie pozostałych artystów to szczerze mówiąc, w przypadku tego spektaklu, widziałabym go może bardziej w formie monodramu. Jedna aktorka i jedna skrzypaczka w tle. Może to by spowodowało u mnie lepszy odbiór i skupienie się na jednej osobie, która dźwiga i prezentuje w tym samym czasie swój cały świat.


Podsumowanie

„Wczoraj byłaś zła na zielono” to spektakl, który mnie nie przekonał, a może nawet pokonał. Nie weszłam w niego, nie poczułam go. Może to nie był mój dzień? Może zabrakło odpowiedniego skupienia? A może po prostu ta forma, bez przeczytania utworu bazowego, nie była dla mnie wystarczająca?


W żadnym razie nie chcę tej sztuki przekreślać, bo wiem, że były osoby na widowni, którym ta wizja się podobała. Jeśli czytaliście książkę Elizy Kąckiej, koniecznie idźcie i sprawdźcie sami – Wasz odbiór może być zupełnie inny niż mój. Ale jeśli nie czytaliście – ostrzegam: możecie poczuć się tak samo zagubieni jak ja.


Jeśli czytaliście „Wczoraj byłaś zła na zielono” i byliście na tym spektaklu, dajcie znać, czy książka faktycznie jest kluczem do zrozumienia tego, co dzieje się na scenie!



KulturoNIEznawczyni


Podoba Ci się moja twórczość?

Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!

postaw kawę - baner

tagi: Wczoraj byłaś zła na zielono teatr dramatyczny recenzja, dramatyczny, ksiazka, recenzja, opinia, opinie, opis, streszczenie, czy warto, na co do teatru, teatr warszawa, repertuar, krytyk teatralny, krytyk spektakli teatralnych

Komentarze


bottom of page