top of page

"Księżna Chicago" Mazowiecki Teatr Muzyczny imponuje muzyką i scenografią [recenzja]

Operetka "Księżna Chicago" Emmericha Kálmána w realizacji Mazowieckiego Teatru Muzycznego to spektakl, który działa na widza warstwowo – nie wszystko odsłania się od razu, ale wiele zostaje w pamięci na długo po wyjściu z teatru. To przedstawienie rozmachu, intensywności i ogromnej pracy zespołowej, które z czasem – i z dystansu – zyskuje coraz większą wartość. Jeśli zastanawiacie się, czy warto iść na tę operetkę, to obawę możecie mieć tylko jedną - te piosenki naprawdę nie chcą wypaść z głowy!


Dawno nie było mnie w Mazowieckim Teatrze Muzycznym. Ostatnio widzieliśmy się tam za sprawą wyśmienitego "Thrill Me", a wcześniej równie rewelacyjnego spektaklu muzycznego "Kraina uśmiechu". Wszystkie moje dotychczasowe wizyty w tym miejscu kończyły się więc szczerymi i donośnymi oklaskami na stojąco. I tym razem również z teatru wyszłam bardzo zadowolona. Jedyna różnica jest taka, że przy poprzednich wizytach ten efekt "wow" przychodził natychmiast. Na "wow" po Księżnej Chicago musiałam poczekać jeden dzień. Magia utworów wówczas całkowicie mnie opanowała, a ja zaczęłam mocniej przeżywać to, co zadziało się na scenie Mazowieckiego Teatru Muzycznego.


"Księżna Chicago" Mazowiecki Teatr Muzyczny plakat

Jeśli nie znacie fabuły tej operetki to przychodzę Wam z pomocą. Poniżej znajdziecie szczegółowe streszczenie tej sztuki scena po scenie.


„Księżna Chicago” – streszczenie


AKT I:

Scena 1. – Amerykański zakład

Mary Lloyd, młoda milionerka z Chicago, zakłada się z przyjaciółkami z „Klubu Ekscentrycznych Młodych Dam”, że kupi w Europie najdroższą i najbardziej niezwykłą rzecz. Dla znudzonych fortuną dziewcząt Europa jest placem zabaw.


Scena 2. – Budapeszt: pierwsze spotkanie

W Budapeszcie Mary poznaje mężczyznę, którego bierze za adiutanta – to w rzeczywistości książę Sándor Boris, podróżujący incognito. Między nimi natychmiast rodzi się sympatia, choć różni ich wszystko: ona kocha charlestona, on walca.


Scena 3. – Sylvaria na skraju upadku

W Sylvarii ministrowie próbują ratować nastroje społeczne – król bawi w Monte Carlo, kasa państwa jest pusta, a jedyną nadzieją wydaje się królewskie wesele. Książę ma poślubić księżniczkę Rosemarie z Moreni, choć nie łączy ich miłość.


Scena 4. – Mary kupuje pałac

Mary przybywa do Sylvarii i – ku zdumieniu dworu – kupuje pałac królewski, uznając go za zwycięstwo w zakładzie. Dopiero wtedy odkrywa, że jej „adiutant” jest prawdziwym księciem.


Scena 5. – Miłość i sprzeciw

Mary dochodzi do wniosku, że skoro kupiła pałac, chce również „księcia w komplecie”. Między nią a Sándorem rodzi się uczucie, choć nieustannie spierają się o wartości, muzykę i styl życia.



AKT II:

Scena 1. – Inne miłości

Sekretarz Bondy i księżniczka Rosemarie zakochują się w sobie, co stawia oficjalny plan małżeński pod znakiem zapytania.


Scena 2. – List i rozstanie

Książę czyta list Mary do ojca i interpretuje go jako dowód, że Mary traktuje go jak kolejną kupioną rzecz. Rozczarowany, wraca do wcześniejszych zobowiązań.


Scena 3. – Chaos i ucieczka

Bondy i Rosemarie uciekają razem. Król Sylvarii wraca z Monte Carlo w towarzystwie paryskich dam.


Scena 4. – Hollywoodzki ratunek

Pojawia się amerykański producent filmowy, który chce nakręcić film o Mary i księciu. Stawia warunek: historia musi mieć prawdziwe, amerykańskie zakończenie - „happy end”.


Scena 5. – Finał

Mary i Sándor idą na kompromis – zamiast walca i charlestona tańczą powolnego fokstrota, symbolicznie łącząc dwa światy. Miłość zwycięża, a Europa i Ameryka spotykają się w jednym rytmie.


Księżna Chicago" Mazowiecki Teatr Muzyczny kadr ze sztuki

źródło: mat. Mazowieckiego Teatru Muzycznego


Już od samego początku na scenie i obok niej dzieje się bardzo dużo. Jako widzowie jesteśmy wręcz otoczeni artystami, scenografią i wszystkim tym, co się kręci, wyskakuje, pojawia i zaskakuje nas niemalże z każdej strony. Czuć rozmach tej inscenizacji i robi to ogromne wrażenie od pierwszej sceny. Trudno wybrać na kogo zwracać na początku swoją uwagę. Jest wielu artystów, którzy przykuwają wzrok, ale na szczęście wszyscy finalnie pojawiają się na scenie, więc problem z rozproszeniem uwagi chwilę później znika.


Zacznę od największego dla mnie mankamentu tej wersji "Księżnej Chicago". Historia sugeruje starcie walca z charlestonem, Starego Świata z Nowym, Europy z Ameryką, tradycji z nowoczesnością. Tymczasem już od pierwszych minut uwagę przykuwa fakt, że taniec – zamiast wyraźnie różnicować style i charaktery – zostaje mocno ujednolicony przez język baletu. Zarówno walc, jak i charleston noszą tu wyraźne piętno choreografii baletowej, co sprawia, że różnice między światami Mary i Sándora nie są tak ostro zarysowane, jak mogłyby być. Mówiąc krótko - problemem dla mnie jest zbyt mocne wprowadzanie elementów baletowych do obu tych tańców. Walc powinien być poprowadzony klasycznie i tradycyjnie, charleston tak samo - bez dodawania kroków i figur, które do tych tańców nie należą.


Księżna Chicago" Mazowiecki Teatr Muzyczny kadr ze sztuki

źródło: mat. Mazowieckiego Teatru Muzycznego


Mimo że na scenie dzieje się niezwykle dużo pierwszy akt fabularnie rozwija się dość wolno. Jest energia, przepych, rozmach i ogrom wrażeń, ale jednak akcja i historia dwójki bohaterów raczej zdaje się nieco krążyć w miejscu. Podczas pierwszego aktu skupiłam się więc na tańcu, piosenkach, ruchu i scenografii. A scenografia „Księżnej Chicago”, za którą odpowiadał Luigi Scoglio, robi ogromne wrażenie rozmachem i skalą – monumentalna konstrukcja natychmiast buduje klimat epoki i pozwala widzom przenieść się w czasie. Znakomicie dobrane faktury, kolory i świetnie wymyślone okienka po obu stronach sceny tworzą spójną, elegancką, ciekawą, ale nieprzytłaczającą przestrzeń, która żyje wraz z akcją. To jeden z najmocniejszych elementów spektaklu, nadający całości wyrazisty charakter i wizualną konsekwencję. Równie dobrze prezentują się kostiumy Małgorzaty Słoniowskiej – estetycznie spójne, czytelne w charakterach, o wysokiej jakości i przyjemne dla oka.


Jak już wspomniałam, w pierwszym akcie brakuje wyraźnego napięcia między głównymi bohaterami. Takiej chemii, błysku w oku, który sprawiłby, że przy ich obecności na scenie natychmiast wszyscy obserwujący wyprostują się, wstrzymają oddech i przestaną mrugać. Tej wymiany energii w pierwszym akcie między Mary i Sandorem nie znalazłam. Na szczęście w drugim akcie szybko ten brak został odrobiony.


Księżna Chicago" Mazowiecki Teatr Muzyczny kadr ze sztuki

źródło: mat. Mazowieckiego Teatru Muzycznego


Jako widzka wyczulona na detale ruchu scenicznego, zauważyłam — chcąc nie chcąc — nierówności w tańcach synchronicznych. Różnice w pracy rąk, tempie obrotów czy ustawieniu w parach (ręka partnerki na ramieniu lub na barku; łokieć w konkretnych pozycjach bywał u niektórych występujących zgięty, a u niektórych wyprostowany) zaburzają poczucie spójności zespołu. Skupiłabym się na tych elementach walca, bo w tańcu towarzyskim mamy podane konkretne zasady pracy i ustawienia ciała.


Oczywiście przy tak dużych układach choreograficznych i tak rozbudowanym scenariuszu są to drobiazgi, których się czepiam, ale właśnie one decydują o jakości wizualnej całości. Z racji, że byłam na jednym z pierwszych występów, jestem przekonana, że w każdym kolejnym te niuanse będą się wyrównywać, aż w końcu znikną. Ale żeby zniknęły, warto zwrócić na nie uwagę.


Księżna Chicago" Mazowiecki Teatr Muzyczny kadr ze sztuki

źródło: mat. Mazowieckiego Teatru Muzycznego


Drugi akt przynosi wyraźną zmianę. Uczucia między bohaterami stają się czytelne od pierwszych scen, relacje nabierają emocji, a fabuła – tempa. To tutaj wreszcie zaczyna się prawdziwa opowieść, a widz ma poczucie, że śledzi rozwój wydarzeń, a nie tylko ich estetyczną prezentację. W tym akcie łatwiej też skupić się na relacjach i znaczeniach, choć nadal na scenie dzieje się bardzo dużo. Akcja toczy się jednocześnie w wielu punktach przestrzeni, aktorzy wchodzą i wychodzą z obu stron, a widz jest dosłownie „otoczony” ruchem. Buduje to wrażenie uczestnictwa w dużym, żywym świecie operetki. Jest to wszystko świetnie zaplanowane i zorganizowane.


Największym zwycięzcą "Księżnej Chicago" okazuje się muzyka. Choć podczas spektaklu trudno czasem skupić się na treści piosenek – ze względu na bogactwo bodźców wizualnych – to właśnie melodie wracają następnego dnia z ogromną siłą. Dopiero po czasie uświadamiamy sobie, jak niezwykle nośne i „wchodzące w głowę” są te utwory. Tydzień po obejrzeniu sztuki wciąż nucę poszczególne utwory. To kompozycje ciekawe, niebanalne i świetnie wykonane przez artystów Mazowieckiego Teatru Muzycznego. Muzyka jest oczywiście dziełem Ememricha Kálmána, ale za fantastyczne jej dostosowanie do polskiego odbiorcy odpowiada Magdalena Sowińska.



Szczególnie zapada w pamięć numer:

„Ein kleiner Slowfox mit Mary bei Cocktail und Sherry, das wär’ so mein Ideal!”

– lekki, stylowy, z wdziękiem i humorem, dokładnie taki, jaki powinien być operetkowy hit. Szkoda, że nagrania z tej realizacji nie są dostępne na platformach streamingowych, bo chętnie wracałoby się do nich częściej. Na szczęście pozostaje wersja oryginalna – niemiecka – która brzmi również świetnie. Dla tych z Was, którzy chcieliby poznać te utwory w języku polskim pozostaje udanie się do Mazowieckiego Teatru Muzycznego. I myślę, że to bardzo dobry pomysł.


Ooo, ten utwór też jest genialny!


Księżna Chicago" Mazowiecki Teatr Muzyczny kadr ze sztuki

źródło: mat. Mazowieckiego Teatru Muzycznego


Partia Mary Lloyd w wykonaniu Anny Lasoty została wykonana z dużym kunsztem wokalnym – czysto, technicznie bez zarzutu. To ten wysoki głos buduje wielkość i charakter tych utworów. Jakub Pawlik w roli Księcia Sylwarii w żadnym momencie nie odstawał od Księżnej Chicago. Jego balans i ciepło w głosie sprawiały, że wszystkie utwory z jego wykonaniem słuchało mi się bardzo dobrze. Wyjątkowo mocno zapadła mi w pamięć kreacja Rosemarie (Barbara Mościcka) – zwłaszcza jej taneczno-wokalny numer, wyróżniający się charakterem i sceniczną wyrazistością. W akcie pierwszym to ten występ zachwycił mnie najbardziej.


"Księżna Chicago" w Mazowieckim Teatrze Muzycznym to spektakl, który ma swoje nierówności – szczególnie w pierwszym akcie i w choreograficznej spójności – ale jednocześnie oferuje znakomitą muzykę, imponującą scenografię i prawdziwie operetkowy rozmach. To przedstawienie, na które chętnie poszłabym jeszcze raz – już z inną uważnością, z większym skupieniem na relacjach i detalach. I z pewnością z nogą rytmicznie wystukującą rytm wszystkich utworów.


KulturoNIEznawczyni


Podoba Ci się moja twórczość?

Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!

postaw kawę - baner


tagi: Księżna Chicago Mazowiecki Teatr Muzyczny recenzja, mazowiecki teatr muzyczny, teatr muzyczny, teatr w Warszawie, Warszawa, operetka, opera, obsada, Kiepura, kultura, kulturonieznawczyni, kulturoznawczyni, recenzja, relacja, opis, opinia, opinie, czy warto, blog o teatrze, blog o spektaklach teatralnych, strona o teatrze

Komentarze


bottom of page