"Dom otwarty" - Teatr Polski | Kiedy komedia spotyka się z tragizmem twórcy [recenzja]
- 15 godzin temu
- 4 minut(y) czytania
Niedawno miałam okazję oglądać „Klub Kawalerów” w Och Teatrze - sztukę Michała Bałuckiego, również w reżyserii Krystyny Jandy. Będąc na „Domu otwartym”, od razu wyczułam ogromne podobieństwo klimatu obu tych realizacji. Spektakl zaczyna się jednak w sposób niezwykle intrygujący i to właśnie ten reżyserski zabieg kupił mnie już od pierwszych minut, a końcówka wyrzuciła z butów, kapci i każdego innego obuwia.
Od samego początku wita nas autor utworu. Michał Bałucki wchodzi na scenę spokojnym krokiem, wita się z widzami, siada na fotelu i bacznie przygląda się temu, co napisał. To wspaniały ukłon w jego kierunku ze strony reżyserki. Bałucki przez większość czasu po prostu siedzi na jednym z dwóch foteli i ogląda spektakl. Momentami jednak wchodzi w interakcję ze sceną - na przykład podając bilecik, który akurat upadł. W ten sposób symbolicznie dba o to, by działo się dokładnie to, co stworzył. To w mojej opinii rewelacyjny smaczek, który szalenie doceniam. Bardzo mi się to podobało.

apel do Teatru Polskiego o publikowanie na stronie plakatów pionowych w wysokiej rozdzielczości
O czym opowiada „Dom otwarty”? | Krótkie streszczenie
Sztuka "Dom otwarty" to klasyczna, satyryczna komedia obyczajowa, która z przymrużeniem oka bierze pod lupę polskie mieszczaństwo. Główni bohaterowie, Władysław i Janina Żelscy, postanawiają wydać wielki wieczorek taneczny, aby podnieść swój status i błysnąć w towarzystwie. Do tej pory byli zamknięci na takie wydarzenia, więc sama decyzja jest już dla nich niełatwa.
Szybko okazuje się, że elegancki bal wymyka się spod kontroli, zmieniając się w festiwal plotek, flirtów i towarzyskich wpadek. Goście zrzucają maski uprzejmości, a na jaw wychodzą ich hipokryzja, snobizm i płytkie ambicje. To opowieść o świecie elit, w którym zachowanie pozorów znaczy znacznie więcej niż autentyczność.

źródło: mat. Teatru Polskiego
Kuluarowe rozmowy i nieco uśpiony bal
Sztuka ma bardzo przyjazną konstrukcję: trzy krótkie akty przedzielone są dwiema przerwami. Pierwszy, około 30-minutowy akt to świetne, sprawne wprowadzenie do historii. Dowiadujemy się z niego, kim są bohaterowie, jakie mają bolączki i jak wygląda ich codzienność przed nadchodzącym wydarzeniem. Nic więcej, nic mniej.
Pewien niedosyt poczułam jednak na początku drugiego aktu. Zabrakło mi mocnego otwarcia - dwóch czy trzech głośnych tańców i wyraźnego zaznaczenia, że bal właśnie się rozpoczął, że jest gwarno i tłoczno. Było nieco za cicho, a cała impreza działa się gdzieś w tle sceny. Akcja skupiała się na kuluarach - przypominało to trochę „kuchnię” na domówkach, gdzie zazwyczaj goście dyskutują i filozofują, podczas gdy właściwa zabawa toczy się w salonie. Oczekiwana energia pojawiła się dopiero w połowie aktu, podczas kadryla, kiedy pary zaczęły tańczyć bliżej widowni, a muzyka wreszcie została podgłośniona. Niemniej, były to tylko fragmenty, a ja chciałabym poczuć na scenie więcej balu w balu. Tego trochę mi brakło.
Wśród gości wyróżniały się jednak wyraziste postacie, jak niezwykle śmieszny, sepleniący pan w przykrótkich spodniach, którego ego wręcz wywalało w kosmos. Dodatkowo komizm podbijała jego pewność co do swoich szans u gospodyni. Drugą mocno przerysowaną kreacją był sam organizator tańców - Alfons Fikalski (w tej roli świetny Szymon Kuśmider). Zazwyczaj nie przepadam za takimi bohaterami, ale tutaj ta postać okazała się sztuce wręcz potrzebna.

źródło: mat. Teatru Polskiego
Lekko, przyjemnie i dla każdego?
Gdybym miała krótko opisać tę sztukę, to zapewne użyłabym kilku frazesów typu: to bardzo prosta, miła i pozytywna sztuka. Idealna wręcz dla każdego. Rozwinę to nieco, bo nie mogę nie wspomnieć o przepięknej scenografii oraz idealnie oddających klimat strojach. Czas mija na sztuce szybko i bez presji. Choć miejscami przydałoby się w niej jeszcze więcej humoru, całościowo wypada bardzo przyjemnie.
Dla kogo jest to przedstawienie? Zdecydowanie dla osób, które chcą wyjść do teatru raz na jakiś czas, by po prostu dobrze się bawić. To lekka, nieskomplikowana fabuła z jasną ideą, idealna dla niezbyt wybrednych fanów teatru, którzy nie chcą nadmiernie pocić się przy ciężkim dramacie, ale też unikają nazbyt prostych, banalnych komedii.
Na tym spektaklu trochę czułam się jak na masażu w SPA. Wszyscy dbali, żebym się nie stresowała, żebym wypoczęła, żebym dobrze się czuła i niczym nie martwiła. Wszystko podane jak na tacy; a ja mam tylko usiąść w wygodnym fotelu i dobrze się bawić.

źródło: mat. Teatru Polskiego
... aż tu nagle! Dom otwarty Teatr Polski recenzja
>>uwaga spoiler<<
Trzeci akt mija luźno, po czym nadchodzi koniec, który dosłownie wbija w fotel, całkowicie zmieniając wydźwięk przedstawienia. Na środek sceny wychodzi nasz autor - Michał Bałucki. Staje, patrzy na widownie i bez zastanowienia strzela sobie z pistoletu w głowę, światło gaśnie, kurtyna opada. Koniec.
Ten samobójczy, niezwykle mocny finał to gigantyczny atut tej inscenizacji. Obstawiam, że część widowni mogła nie do końca zrozumieć ten zabieg, dlatego tak ważne jest przypomnienie biografii autora. Zestawienie lekkiej, humorystycznej sztuki z dramatycznym losem jej twórcy otwiera oczy. Zazwyczaj niewiele wiemy o autorach, których sztuki oglądamy. Bałucki pod koniec życia mierzył się z falą wyjątkowo napastliwej krytyki (szczególnie ze strony Lucjana Rydla) oraz atakami modernistów na jego tradycjonalizm. Rozgoryczony niepowodzeniami i przygnębiony diagnozą nerwicy lub depresji, w pewien październikowy wieczór odebrał sobie życie na krakowskich Błoniach, strzelając z rewolweru w skroń. Jego pochówek na cmentarzu Rakowickim odbył się bez religijnej oprawy, ponieważ kategorycznie sprzeciwił się temu kardynał Jan Puzyna, co wywołało powszechne oburzenie.
Ten kontrast przypomina nam, że twórca dostarczający ludziom rozrywki wcale nie musiał mieć lekkiego życia. Nie musiał się ciągle uśmiechać, a wręcz przeciwnie - miał swoje bolączki i dotkliwie przeżywał krytykę, która finalnie popchnęła go do tak tragicznego kroku. Wprowadzenie tego elementu do lekkiej komedii to ekstremalny krok i niezwykle poruszające posunięcie.
Mam pewność, że nie każdemu taki finał się spodoba, ale ja jestem bardzo na "tak". To scena, która mnie poruszyła i zastanowiła. A to bardzo lubię, kiedy wychodzę z teatru i głęboko zastanawiam się nad tym, co zaserwowali mi twórcy. Bez tej sceny zapewne wyszłabym pogodna, a mój krok byłby wesoły. Finalnie jednak szłam bardzo zamyślona.

źródło: mat. Teatru Polskiego
Dajcie znać w komentarzu, czy widzieliście już tę sztukę! Jak odebraliście takie zakończenie?
KulturoNIEznawczyni
Podoba Ci się moja twórczość?
Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!
tagi: Dom otwarty Teatr Polski recenzja, streszczenie, opis, opinia, o co chodzi, o co chodzi w zakończeniu, Bałucki, sztuki Warszawa, kryty literacki, krytyk teatralny, czy warto, opinie, recenzje




Komentarze