top of page

"Noc Dziadów" Opera i Filharmonia Podlaska z szacunkiem do Mickiewicza [Białystok] [recenzja]

„Dziady” Mickiewicza od zawsze działają najmocniej wtedy, gdy zachowuje się ich klimat i obrzędowość – tajemniczość, półmrok, niewypowiedziane napięcie między sacrum a profanum. W wersji koncertowej „Nocy Dziadów” w Operze i Filharmonii Podlaskiej twórcy sięgnęli po tę tradycję z dużym szacunkiem, jednocześnie proponując formę rzadko obecną w polskich instytucjach – oratorium inscenizowane, balansujące pomiędzy koncertem symfonicznym a symbolicznym teatrem. "Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Co to będzie, co to będzie?" 


Oratorium inscenizowane to forma, która potrafi wciągnąć w trans – i momentami rzeczywiście wprowadzała w hipnotyczny stan. Po dwóch stronach sceny ustawiony był liczący kilkadziesiąt osób chór, a na środku, na jej podwyższeniu, oglądaliśmy widowisko artystyczne z udziałem aktorów i tancerzy. To ciekawa forma, na którą wcale nie jest łatwo w Polsce trafić. A szkoda, bo jest to ciekawy kompromis między koncertem a teatrem. Bez względu jednak na rodzaj sztuki najważniejsza jest jej jakość, a o to w Białymstoku zadbano. To była moja druga wizyta w Operze i Filharmonii Podlaskiej. Dawno, dawno temu byłam tutaj na niesamowitym "Upiorze w Operze" i to było przeżycie, które pamiętam do dzisiaj. Zrobiła ta sztuka to na mnie niesamowite wrażenie i bardzo ubolewam, że "Upiór w Operze" jest od lat nieobecny na polskich scenach. Dlaczego?


Na marginesie: plakat "Nocy Dziadów" jest cudowny!

"Noc Dziadów" Opera i filharmonia Podlaska plakat


Po rozważaniach nie na temat, wracamy jednak do "Nocy Dziadów" i tego, co zaprezentowali artyści z dyrygentem Krzysztofem Herdzinem na czele. A było czego słuchać i co oglądać. Zwłaszcza w scenie z Zosią, gdzie muzyczność, wizualność i choreografia splotły się w coś na kształt zawieszenia między życiem a śmiercią. To był moment, w którym spektakl naprawdę oddychał mickiewiczowskim duchem. W tamtym momencie to poczułam. Taki trans. A o czym tak właściwie mówię? Jeśli nie pamiętacie drugiej części "Dziadów" to przychodzę z krótkim streszczeniem.



Krótkie streszczenie „Dziadów” cz. II

Akcja utworu rozgrywa się w starej kaplicy, gdzie wieśniacy prowadzeni przez Guślarza odprawiają obrzęd dziadów – rytuał mający pomóc duszom zmarłych odnaleźć spokój. W trakcie ceremonii kolejno pojawiają się duchy, z których każda niesie moralną naukę.


Najpierw pojawiają się duchy lekkie – dwoje dzieci, Józio i Rózia. Choć mówią, że w zaświatach jest im lepiej niż na ziemi, wyznają, że nie osiągnęły pełni szczęścia, bo w swoim krótkim życiu nie zaznały ani trosk, ani goryczy. Według porządku boskiego bez doświadczenia cierpienia nie ma w niebie pełnej radości. Proszą o dwa ziarnka gorczycy – symbol choć odrobiny ziemskiej trudności. Guślarz spełnia prośbę i dzieci znikają.


Później nastaje pora duchów ciężkich – tych, które na ziemi dopuściły się krzywd. Wśród trzasków płonącej wódki ukazuje się Widmo Złego Pana, dręczone przez ptaki – wcielenia ludzi, którzy przez niego zginęli lub ucierpieli głód. Pan wyznaje, że marzy jedynie o tym, by jego dusza mogła oddzielić się od ciała i trafić wreszcie do piekła, bo tuła się po świecie w nieustannym głodzie i pragnieniu. Prosi o odrobinę jedzenia i wody, ale ptaki natychmiast protestują, przypominając o jego okrucieństwie. Guślarz ogłasza, że człowiek, który nigdy nie okazał człowieczeństwa, nie otrzyma pomocy od żywych. Widmo musi odejść nieodkupione.


Wzywając duchy pośrednie, Guślarz sprowadza Zosię – dziewczynę zawieszoną między niebem a ziemią. Zmarła młodo, nie zaznawszy ani życiowych trosk, ani głębokiego uczucia. Lekceważyła zalotników i żyła tak, jakby ziemia jej nie dotyczyła. Teraz pragnie, by młodzi chłopcy przyciągnęli ją ku ziemi, co pozwoliłoby jej wypełnić brakującą część losu. Jednak Zosia okazuje się nieuchwytna – jest tylko duchem, więc nikt nie może jej dotknąć. Guślarz uspokaja ją, że z czasem dostąpi nieba, ale teraz musi odejść.


Rytuał dobiega końca. Guślarz przypomina duchom, by korzystały z pozostawionego im pożywienia i zarządza otwarcie drzwi oraz zapalenie świateł. W tym momencie pojawia się jednak jeszcze jedno milczące widmo – duch młodzieńca spoglądający tylko na Pasterkę, która niespodziewanie nosi żałobę. Guślarz próbuje go przywołać, lecz widmo nie odpowiada, wskazuje jedynie na krwawiące serce. Kobieta również milczy, a Guślarz nakazuje wyprowadzić ją z kaplicy. Widmo podąża za nią i znika. Obrzęd zostaje zakończony.



Co ciekawe i zastanawiające, twórcy zrezygnowali z fragmentu o milczącym pustelniku. Brak zaznaczenia tego milczenia podciął nieco mistyczny fundament całości. Można wręcz rzec, że to milczenie nie wybrzmiało. Brak tej osi ciszy sprawił, że zabrakło scenie teatralnego mroku, którego nie zastąpi nawet najpiękniej brzmiąca orkiestra. Brakowało takiego zaznaczenia - tego budzącego ogromne emocje milczenia u pustelnika. Nagłej ciszy, która może zadziałałaby jeszcze lepiej niż ciągła muzyka. Widziałabym to w takiej formie nagłego, całkowitego umilknięcia wszystkich instrumentów i głosów chóru. Światło tylko na pustelnika i wierzę, że to by wywołało wielkie emocje i poruszenie.


"Noc Dziadów" Opera i filharmonia Podlaska kadr z koncertu

źródło: mat. Opery i Filharmonii Podlaskiej


Jednym z ciekawszych elementów wieczoru okazał się… zapach. Rozpylane na scenie kadzidło stworzyło aurę, którą w instytucjach kultury wciąż rzadko się stosuje. Teatr pracuje światłem, dźwiękiem, obrazem – ale zapach nadal jest rekwizytem wyjątkowym. Zadziałało to świetnie, niemal rytualnie. I tak w tamtym momencie pomyślałam, że o zapachu teatry wciąż myślą za mało. Jest to zmysł wciąż omijany, wręcz zapomniany, a szkoda. Jak już w teatrach coś czujemy to jest to zapach/smród papierosów, ale na tym zazwyczaj się kończy. Może warto o tym nieco więcej pomyśleć? Przywiodło mi to na myśl moment, kiedy podczas „Shirley Valentine” Krystyna Janda smażyła jajecznicę, a zapach stał się wręcz aktorem. To był cudowny zapach, który unosił się po całym wnętrzu. Może Krystyna Janda ma jakiś specjalny przepis na jajecznicę, ale gdy myślę o tej sztuce to właśnie to danie od razu przychodzi mi na myśl. Czekam, aż ktoś zagra w teatrze właśnie zapachem. Czeeekam!


Właśnie takie niespodziewane sensoryczne „uderzenia” sprawiają, że teatr przechodzi z widza na ciało. Mnie kadzidło urzekło i dosłownie czułam aurę tego widowiska w powietrzu.


"Noc Dziadów" Opera i filharmonia Podlaska kadr ze sztuki

źródło: mat. Opery i Filharmonii Podlaskiej


W warstwie wykonawczej wieczór stał na bardzo wysokim poziomie. W sztuce o duchach i zmarłych to właśnie chór jest kręgosłupem obrzędu. Brzmiał on jednolicie, gęsto, z odpowiednią ciemnością i płynnością, jakiej wymaga dzieło Mickiewicza. Dlatego tak bardzo ubolewam, że podczas braw i ukłonów nie zaproszono artystów na środek, aby móc ich w pełni wynagrodzić oklaskami. Gdzieś to zostało pominięte.


Wśród solistów zdecydowanie wyróżniało się Widmo Złego Pana w wykonaniu Macieja Nerkowskiego: zmysł interpretacyjny, pewność sceniczna, magnetyczna energia, piękny, nośny głos. To postać, która miała w sobie najwięcej życia, paradoksalnie jak na widmo. Bardzo dobrze brzmiał również Guślarz Krzysztofa Szyfmana, pełny, mocny, symboliczny, a także Pasterka Moniki Ziółkowskiej – zgodna z romantycznym tonem.


Jeśli czegokolwiek mi brakowało, to emocjonalnego nasycenia, takiego „przegięcia”, które sprawia, że muzyka zaczyna wibrować w widzu, oplata go i pozwala na drżeniową zadumę. Było pięknie, profesjonalnie – ale nie zawsze „drżąco”. Jest to coś, co bardzo trudno uzyskać i na jednym występie pan z 7. rzędu będzie mieć ciary na plecach, a pani z 12. rzędu niekoniecznie. Mi właśnie brakło tej gęsiej skórki, ale nawet nie umiem wypunktować, co tu można byłoby faktycznie dodać czy zmienić, abym takie ciarki miała. Powtórzę więc myśl przewodnią tego artykułu - bardzo mi się to wszystko podobało.


"Noc Dziadów" Opera i filharmonia Podlaska kadr ze sztuki

źródło: mat. Opery i Filharmonii Podlaskiej


Warto docenić, że twórcy pozostali wierni Mickiewiczowi – w tekście, atmosferze, strukturze. Dużym atutem było również to, że już od wejścia widz czuł klimat – czarne szaty z kapturami u obsługi, odpowiedni ton i organizacja budowały spójną atmosferę tego widowiska.


Jeśli wciąż zastanawiacie się czy warto, odpowiedź jest prosta. Zdecydowanie tak – zwłaszcza jeśli wcześniej przeczyta się II część „Dziadów”. Lektura trwa niespełna godzinę, a dzięki niej spektakl staje się znacznie czytelniejszy. Słyszy się wtedy, jak chór śpiewa dokładnie to, co Mickiewicz napisał, zauważa się analogie, docenia szacunek twórców wobec oryginału.


„Noc Dziadów” to nie opera, nie czysty koncert, nie teatr – to forma hybrydowa. I może właśnie dzięki temu ma w sobie coś świeżego dla standardowego widza. Jest ciekawym, uczciwym, muzycznie solidnym spotkaniem z Mickiewiczem. I choć brakuje jej czasem kilku procent ryzyka, kilku kroków głębiej w stronę grozy i metafizyki, to pozostaje spektaklem, który warto zobaczyć – i którego dobrze się doświadcza wszystkimi zmysłami.


KulturoNIEznawczyni


Podoba Ci się moja twórczość?

Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!

postaw kawę - baner

tagi: Noc Dziadów Opera i Filharmonia Podlaska Białystok recenzja, oratorium inscenizowane, czym jest oratorium inscenizowane, Białysok, Podlasie opera, koncert, muzyka, filharmonia, teatr, sztuka

Komentarze


bottom of page