top of page

"Carrie" - Stephen King | Świńska krew dla świni - to mocne [recenzja]

Otatnio czytam książki, bo... czytam. Ale dawno nie trafiłam na powieść, którą bym pochłonęła. Która, by mnie wciągnęła i trzymała w napięciu. To zwyczajnie oznacza, że dawno nie czytałam powieści Stephena Kinga. Są takie książki, które wciągają tak mocno, że świat wokół przestaje istnieć. Czyta się je z zachłannością, sięgając po lekturę w absolutnie każdej wolnej chwili. Ja dziś opowiem Wam o „Carrie” – debiucie, który nie tylko ustawił Stephena Kinga na literackim piedestale, ale też zdefiniował nowoczesny horror. I choć od premiery minęło już ponad pół wieku, ta historia wciąż trzyma za gardło. Dlaczego? Bo to świetnie napisany thriller, w którym potworem nie jest nastolatka o nadprzyrodzonych mocach, ale otaczający ją świat.


O czym jest „Carrie”? (Streszczenie książki) Carrie Stephen King recenzja

Carrie White to licealna szara myszka, a właściwie licealna ofiara. Wychowywana przez fanatycznie religijną matkę, w szkole jest obiektem bezlitosnych drwin i okrutnych żartów rówieśników. Carrie różni się jednak od swoich prześladowców czymś więcej niż tylko niemodnym ubraniem i wycofaniem. Posiada potężny dar telekinezy – umiejętność przesuwania przedmiotów siłą woli. Gdy upokorzenie sięga zenitu podczas szkolnego balu, a marzenie o akceptacji zostaje brutalnie zdeptane, stłumiona energia znajduje ujście. To opowieść o samotności, która zmienia się w gniew, i o tym, jak cienka jest granica między byciem ofiarą a katem.


"Carrie" - Stephen King ookładka książki

Debiut marzeń i John Travolta

Aż trudno uwierzyć, że Stephen King wydał „Carrie” w 1974 roku, mając zaledwie 27 lat. Był wtedy młodym nauczycielem, który dzięki sukcesowi tej jednej, niewielkiej objętościowo książki, mógł rzucić etat i całkowicie poświęcić się pisaniu. Trzeba przyznać – start w branży miał wyśmienity. Zaledwie rok później wydał „Miasteczko Salem”, a w 1977 roku kultowe „Lśnienie”.

Co więcej, „Carrie” błyskawicznie doczekała się ekranizacji (której jeszcze nie widziałam, ale na dniach to na pewno nadrobię), w której swój filmowy debiut zaliczył sam John Travolta. Czego chcieć więcej? To doprawdy piękna wizja życia pisarza – napisać debiut, odnieść sukces i patrzeć, jak Twoje słowa stają się popkulturowym fenomenem.


To trochę przypomina mi o moich niespełnionych marzeniach i wciąż niedokończonej książce, która czeka na lepszy czas. Ciekawe czy się doczeka; a może to ja powinnam przestać czekać. Mam wciąż 27 lat.


"Carrie" - Stephen King - kadr z filmu, recenzja książki

źródło: filmweb / Carrie (1976)


Powieść uszyta z wycinków

To, co w „Carrie” urzekło mnie najbardziej, to jej nietypowa konstrukcja. King nie serwuje nam prostej narracji od A do Z. Powieść jest przetykana wycinkami z gazet, fragmentami wywiadów i raportów sądowych. To genialny zabieg, który działa na czytelnika jak najlepsza zanęta. Przynajmniej na mnie to działało fenomenalnie.


Dzięki tym wstawkom otrzymujemy „smaczki” i zapowiedzi tego, co się wydarzy. Od początku wiemy, że bal maturalny zakończy się tragedią i że zginie na nim Tommy Ross. I nie, ta wiedza wcale nie psuje zabawy – wręcz przeciwnie. Buduje nieznośne napięcie, bo choć znamy <poniekąd> finał, nie wiemy, jak dokładnie do niego dojdzie. Czekamy na ten wybuch, wiedząc, że jest nieunikniony. Wiemy, że czeka nas prawdziwie krwawe zakończenie i wszystko wskazuje na to, że to Carrie przyczyni się do śmierci kolegi. Ale prawda okazuje się być zupełnie inna. I przyznam, że to było świetnie przemyślane przez amerykańskiego pisarza. Dostajemy wskazówki, pewne tropy, fragmenty, ale to i tak nie daje pełnego obrazu i wciąż autor potrafi nieźle zamieszać i zaskoczyć. Jeśli nie chcecie wiedzieć jak ginie Tommy, omińcie kolejne dwa akapity.


Krew, traumy i nieszczęśliwy wypadek

Stephen King mistrzowsko splata traumy Carrie z motywem krwi. Pierwsza to ta pod prysznicem, związana z pierwszą miesiączką i panicznym strachem wynikającym z niewiedzy. Wyśmiana przez koleżanki z klasy, upokorzona. Druga to finałowa scena z wiadrami krwi na balu. Psychika dziewczyny, nadwątlona przez trudne dzieciństwo i toksyczną relację z matką, po prostu tego nie wytrzymuje.


Jednak King potrafi zaskoczyć. Choć spodziewamy się, że śmierć Tommy’ego – chłopaka, który jako jeden z nielicznych okazał jej serce – będzie sprawką mściwej Carrie, prawda okazuje się inna. Tommy ginie w wyniku nieszczęśliwego wypadku, uderzony rantem wiadra, które wciąż było częściowo wypełnione krwią. To ironia losu, która boli najbardziej. Ostatecznie Carrie wyrządza wiele złego i z jej ręki giną setki osób, ale przez całą lekturę czujemy, że to tak naprawdę nie jest jej wina.


"Carrie" - Stephen King - kadr z filmu, recenzja książki

źródło: filmweb / Carrie (1976)


Potworem nie jest Carrie. Potworem jest ktoś inny...

Najbardziej poruszającym aspektem książki jest relacja Carrie z matką, Margaret White. Carrie to nie potwór, to zagubiona nastolatka, która desperacko pragnie normalności. Chce zakładać sukienki, chce iść na bal, chce być lubiana, chce po prostu być normalna.


„Mamo, proszę cię, zrozum, że muszę w końcu spróbować... spróbować jakoś żyć wśród ludzi. Nie jestem taka jak ty. Jestem śmieszna - to znaczy koleżanki uważają, że jestem śmieszna. Nie chcę już być śmieszna. Chcę spróbować stać się normalną dziewczyną, zanim będzie za późno...”

Jaką odpowiedź młoda dziewczyna dostaje po tych bolesnych, ale pięknych słowach? Matka rzuca w nią filiżanką z herbatą. Trudno o lepsze, a zarazem smutniejsze podsumowanie ich relacji. Dialogi między nimi mrożą krew w żyłach bardziej niż sceny grozy.


„- Widzę twoje złe ciało. Wszyscy je zobaczą. Będą patrzeć na twoje ciało. Księga powiada... // - To moje piersi, mamo. Wszystkie kobiety mają piersi. [...] // - Zdejmij ją, Carrie. Zejdziemy na dół i razem spalimy ją w piecu, a potem będziemy się modlić o przebaczenie.”

Takich fragmentów w książce jest wiele. Margaret White nie ma na pewno najłatwiejszego zadania, bo trafiła jej się córka z mocami nadprzyrodzonymi. Ale to nie Carrie zaognia <hehe> relację między nią a matką. To nie Carrie znęca się nad swoimi bliskimi, to nie Carrie przemocą stara się wymusić określone zachowania. Margaret White jest głównym powodem wielkiej tragedii małego miasteczka Chamberlain.


"Carrie" - Stephen King - kadr z filmu, recenzja książki

źródło: filmweb / Carrie (1976)


Podsumowanie

„Carrie” to książka, która trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Nie jest wielce skomplikowana fabularnie, prowadzi nas prostą drogą do nieuchronnej katastrofy, ale robi to w sposób mistrzowski. Widzimy, jak główna bohaterka jest systematycznie niszczona przez otoczenie, aż do momentu, gdy:


„Mama miała rację, jednak mama miała rację. Znowu ją oszukali, znowu ją załatwili, znowu zrobili z niej ofiarę. [...] posadzili ją tutaj, na oczach wszystkich, i przed całą szkołą powtórzyli to, co się wtedy stało pod prysznicem... tylko jeden głos powiedział (o boże to krew)”

To bardzo dobra, wciągająca i smutna zarazem pozycja. Jeśli jeszcze jej nie znacie – nadróbcie koniecznie, zanim obejrzycie film. Nie dziwi mnie wcale, że po takim debiucie w świecie powieści grozy, Stephen King dostał szansę na wydawanie kolejnych historii.


Czytaliście debiut Kinga czy znacie tę historię tylko z ekranu? Dajcie znać w komentarzach!


KulturoNIEznawczyni


Podoba Ci się moja twórczość?

Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!

postaw kawę - baner

tagi: Carrie Stephen King recenzja, powieść grozy, horror, najlepsze horrory 2026, co przeczytać w 2026 roku, klasyka powieści grozy, kulturonieznawczyni, kulturoznawczyni, krytyk literacki, recenzje literatury, recenzje książek na zamówienie, recenzje książek na życzenie Warszawa, top książek, co przeczytać, debiut Kinga

Komentarze


bottom of page