"Traviata" - Opera Narodowa | Imponująca scenografia to za mało [recenzja]
- 27 cze
- 5 minut(y) czytania
Zawsze wychodzę z założenia, że teatr, a już w szczególności opera, powinna chwytać za gardło, uwodzić i zostawiać nas z emocjonalnym uniesieniem. Niestety, moja relacja z Operą Narodową ostatnio bywa z lekka szorstka. I choć „Traviata” z librettem opartym na kultowej "Damie kameliowej" Dumasa (syna) zapowiadała się jako pewniak do zachwytów, to finalnie... znowu coś mi tu nie zagrało.
W swoich notatkach, które robię zawsze od razu po wyjściu z obiektu kultury wysokiej, napisałam na końcu, że zapewne za miesiąc niewiele z tej opery będę pamiętać. Szczerze mówiąc, tę recenzję piszę dwa tygodnie po wizycie w Operze Narodowej i gdyby nie moje notatki, naprawdę sporo by mi już z tej historii umknęło. A to chyba najlepsze podsumowanie moich wcześniejszych słów, jak niemocno ta inscenizacja zapadła mi w pamięć. Ale po kolei.

zupełnie nie czuję tego plakatu, ale to już tam na marginesie
O czym jest „Traviata”? [Streszczenie] Traviata Opera Narodowa recenzja
Historia ta to klasyczny, tragiczny romans. Główną bohaterką jest Violetta Valéry - uwielbiana paryska kurtyzana, brylująca na salonach i, jak byśmy to dziś nazwali, prawdziwa celebrytka tamtej epoki. Jej poukładane, ociekające luksusem i przelotnymi romansami życie staje na głowie, gdy szaleńczo, i to z wzajemnością, zakochuje się w niej młody, nieco naiwny arystokrata, Alfredo Germont.
Pod wpływem tego uczucia Violetta przechodzi głęboką przemianę: postanawia porzucić dawny styl życia, zrezygnować z bogatych sponsorów (głównie zamożnego barona) i uciec z ukochanym na prowincję. Niestety, sielanka nie trwa długo. W tajemnicy przed Alfredem do Violetty przybywa jego ojciec, Giorgio Germont. Zmusza ją do bolesnego poświęcenia - w imię ratowania reputacji jego rodziny i szans na dobry ożenek siostry Alfreda, Violetta musi opuścić ukochanego, udając, że jej uczucie wygasło. Dziewczyna zgadza się na ten układ, łamiąc serce zarówno sobie, jak i jemu.
Oszukany, zazdrosny i wściekły Alfredo wraca do Paryża i publicznie upokarza Violettę, nie mając pojęcia o jej ukrytym poświęceniu oraz o tym, że kobieta od dłuższego czasu zmaga się z postępującą, śmiertelną chorobą (gruźlicą). Gdy w końcu ojciec wyznaje synowi prawdę, a Alfredo pędzi do Violetty, by błagać ją o wybaczenie, jest już za późno. Zrujnowana, opuszczona i śmiertelnie chora Violetta umiera w jego ramionach, niedługo po ich symbolicznym pojednaniu.

źródło: mat. Opery Narodowej
Akt I: Najpopularniejsza aria i znajoma twarz
Pierwsze wrażenie po podniesieniu kurtyny? U mnie to była lekka konsternacja. Przez pierwszych kilkanaście minut miałam nieodparte wrażenie, że muzyka zupełnie nie klei się z tym, co i jak śpiewają artyści na scenie. To trochę, jak z tym plakatem. Niby pasuje do sztuki, a jednak niekoniecznie. Przynajmniej w mojej opinii. Jeśli macie inną, to sekcja komentarzy czeka na Was pod artykułem.
Wracając do aktu pierwszego. Najpopularniejsza aria śpiewana jest w początkowej fazie sztuki i mówiąc wprost nie wybrzmiała tak, jak powinna. Głos śpiewaczki (tego dnia w postać Violetty Valery wcieliła się Perrine Madoeuf) był po prostu za cichy w stosunku do orkiestry, która sama w sobie grała w punkt. To chyba pierwszy raz w operze, kiedy miałam taki problem z balansem dźwięku, bo zazwyczaj te dwa elementy są idealnie zestrojone. Na szczęście z czasem wokalnie zdecydowanie się to poprawiło, choć do końca nie wiem, z czego wynikał ten początkowy dysonans.
To, co jednak od pierwszych sekund rzuca na kolana, to warstwa wizualna. Zaprojektowana przez Borisa Kudličkę gigantyczna, 50-metrowa platforma przesuwa się w rytm muzyki, tworząc niesamowite, płynne przejścia. Bardzo ciekawe okazało się też samo połączenie klasycznej opery z klimatem tańca – miejscami dostajemy tu niemal kabaretowy charleston. To podobało mi się bardzo.
Chwila prywaty. Tancerze z grupy NEXT zrobili świetną robotę, a ja wyłapałam wśród tancerek moją dawną instruktorkę tańca towarzyskiego, Martę Jureczko. W tym miejscu oczywiście przesyłam serdeczne pozdrowienia. Z kronikarskiego obowiązku dodam teraz, że nadal uczęszczam na lekcje tańca towarzyskiego, ale do dziś nie znalazłam nikogo, kto uczyłby tak dobrze i tworzył tak fantastyczną atmosferę na zajęciach jak Marta.
Wracając do fabuły; historia w pierwszym akcie płynie bardzo jasno, choć zabrakło mi mocniejszego zaakcentowania relacji Violetty z baronem. Reżyser nie pokazał wystarczająco dobitnie, że jest ona w zasadzie jego „własnością” kupioną na wyłączność. Szkoda, bo myślę, że to dodałoby postaciom nieco charakteru, a całej historii więcej głębi.

źródło: mat. Opery Narodowej
Akt II: Basen, dłużyzny i nieme zerwanie
W drugim akcie dostajemy całkowitą zmianę klimatu. Kolorowa, kabaretowa przestrzeń znika, a potężna scenografia zostaje zredukowana do jednego, surowego pomieszczenia z basenem. To odważny zabieg, który zmusza nas do skupienia się na relacjach bohaterów. I tu pojawiają się schody.
Zaserwowano nam bardzo długie dialogi. O ile konfrontacja ojca Alfreda z Violettą była jeszcze do przełknięcia (mimo swojej rozwlekłości), o tyle rozmowa ojca z samym synem potężnie mnie znużyła. Emocjonalnie w ogóle mnie to nie ruszyło. To, czego do końca nie rozumiem i nie kupuję w tym fragmencie to fakt, że Violetta mówi w pewnym momencie wprost Alfredowi, że jego ojciec im nie sprzyja, a chwilę później Alfred bez zastanowienia zwyczajnie wierzy w pożegnalny list. Co gorsza, czyta z niego tylko pierwsze zdanie. Nie ma tu wielkich dramatów, wybrzmienia słów o tym, że kobieta go już nie kocha, czy nie chce z nim być. To zerwanie wydało mi się bardzo hmmm... nieme.

źródło: mat. Opery Narodowej
Akt III i IV: A teraz czas na umieranie
Wspomnę jeszcze o kwestii technicznej. Czasem w Operze Narodowej mi to przeszkadza, bo przerwy planowane na 20-25 minut znacznie się wydłużają. W oficjalnym opisie spektakl miał trwać 2 godziny i 50 minut, a finalnie z oklaskami wyszło ponad 3 godziny i 10 minut. Nie jest to jakieś wielkie zastrzeżenie, ale dla osób dokładnie planujących swój wieczór, szczególnie w tygodniu, to powinna być ważna wskazówka, aby zapas dodatkowych 20-30 minut wziąć pod uwagę, wybierając się na operę w Warszawie.
W ostatniej odsłonie sztuki zabrakło mi wielowymiarowości. Cała historia jest prosta i lekko banalna. Mamy właściwie jedno zawirowanie (intryga ojca) i... to by było tyle. Fabuła toczy się na jednej płaszczyźnie, która szczególnie nie wciska w fotel. Finał, w którym do bohaterki na pustej scenie przychodzi śmierć, jest wręcz przeciągnięty. Jej umieranie trwało tak długo, że zamiast współczucia, czułam zniecierpliwienie. To niezbyt dobrze może o mnie świadczyć, ale wiecie, jest jak jest.

źródło: mat. Opery Narodowej
„Traviata” w tym wydaniu to spektakl dla mnie pełen sprzeczności. Z jednej strony zachwycające elementy techniczne i taneczne. Na pewno trzeba docenić ogromną, skomplikowaną scenografię, piękne stroje, momentami niezwykle oryginalny klimat (taneczny sznyt nie tylko w akcie pierwszym) i różnorodność wizualną. Z drugiej strony mamy jednak sprawy fundamentalne. Nierówności w głośności śpiewu, fabularne mielizny i, co dla mnie najważniejsze, zupełny brak ładunku emocjonalnego.
Gdybym miała "Traviatę" szybko podsumować to powiedziałabym, że to sztuka piękna dla oka, ale niestety całkowicie omijająca serce. Moja obawa, że po kilku tygodniach o niej zapomnę, niestety okazała się słuszna. Jeśli szukacie w operze przede wszystkim rozmachu wizualnego - będziecie zadowoleni. Jeśli, tak jak ja, szukacie emocji - możecie wyjść z budynku Opery Narodowej z poczuciem sporego niedosytu.

źródło: mat. Opery Narodowej
Ale uwaga, możecie jednak odebrać tę operę zupełnie inaczej. Bo jak wiadomo, każdy sztukę przeżywa po swojemu. Idźcie więc śmiało i oceńcie na własne oczy. Moim tam nie ma co ufać.
KulturoNIEznawczyni
Podoba Ci się moja twórczość?
Zobacz, jak możesz wesprzeć moją stronę!
tagi: Traviata Opera Narodowa recenzja, opera, opera narodowa, streszczenie, o czym jest, opis, krótkie streszczenie, verdi, opinia, opinie, recenzje, opis, krytyk teatralny warszawa, strona o teatrze, strona o operze, recenzje teatralne na zlecenie, kulturonieznawczyni, kulturoznawczyni




Komentarze